Ocena nr 274 - Niezgłębiona Traq ocenia "Zbiorową Aberrację Jaźni" >> 14.09.10 o 16:25
Ha, jednak się wyrobiłam, mogłam obiecać ;) Przepraszam, że tyle to trwało, ale tekst do najkrótszych i najprostszych nie należał.
Zbiorowa Aberracja Jaźni
Pierwsze wrażenie:
Moja pierwsza refleksja dotyczyła tytułu opowiadania, bo nietrudno zauważyć, że jest on skonstruowany podobnie do „Odmiennych Światów Świadomości” i „Dyskretnego Uroku Smoków”, co wygląda na przemyślany zabieg autora. Niestety, jedyne, co sugeruje mi „Zbiorowa Aberracja Jaźni”, to to, że wszyscy doświadczą tych samych zwidów (i jakoś nie jestem w stanie się tego skojarzenia pozbyć). Nie wiem, jak się ma do tego roznegliżowana pani na szablonie — chyba że to ona będzie tą aberracją, co zapewne ucieszyłoby część bohaterów — więc zabieram się za czytanie, nie będąc do końca pewną, czego się spodziewać.
Wygląd:
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oczywiście wspomniana już kusząco wypięta dziewoja w negliżu i, co ciekawe, w masce Zorro. Przez chwilę myślałam, że po policzku cieknie jej krew, ale to chyba jednak kosmyk włosów. Cały szablon jest utrzymany w ciemnych barwach (może nawet odrobinę za ciemnych, to zależy od oświetlenia), a poszczególne elementy ładnie się ze sobą komponują. Jest czytelnie i przejrzyście, a to w końcu najważniejsze. Czy w związku z treścią — to się okaże.
Fabuła:
Tyle się dzieje i fabuła jest na tyle skomplikowana, że nie wiem, od czego zacząć. Ogólnie rzecz biorąc, jest to historia konfliktu na Starym Kontynencie. Opisane zostały dwa dni poprzedzające wybuch wojny, której wszyscy się spodziewają i do której się przygotowują, co wpływa zresztą na przyspieszenie jej rozpoczęcia. Wątek poboczny dotyczy „paktów z bogami” różnych bohaterów i wiąże się z szukaniem drogi do szczęścia. Tak to przynajmniej rozumiem. Pojawiają się również aspekty, powiedziałabym, filozoficzno-religijne, związane z rolą Stwórcy we wszechświecie.
Jeśli chodzi o główny wątek, to chciałeś najwyraźniej pokazać rozwój wydarzeń z punktu widzenia różnych stron konfliktu, więc nie skupiałeś się na jednym państwie czy grupie bohaterów. Przy tak skomplikowanej sytuacji politycznej, gdybyśmy nie mieli wglądu do większości dworów, ukazanie wszystkich zawiłości byłoby zresztą trudne. Ale ten zabieg ma też swoje wady. Przede wszystkim miałam wrażenie, że upłynęło o wiele więcej czasu niż kilka godzin od szarży Złotej Chorągwi na obóz Władców Przestworzy do rozmowy Cravenvrenn z Hazrinim w Lorr. Tyle miałeś rzeczy dziejących się w tym samym momencie do opisania, że „minęło” już osiemdziesiąt stron. Może nie jest to znowu takie straszne, ale sprawiło wrażenie, że sytuacja rozwija się mniej dynamicznie. Poza tym przerywanie pewnej sceny w połowie rozmowy i kontynuowanie jej od tego samego miejsca piętnaście stron później, po czterech fragmentach dotyczących innych miejsc (na przykładzie rozmowy Hansa z Raneallem) trochę się nie sprawdza. Przy takiej strukturze opowieści starałabym się jednak zamykać mini-wątki w tym samym fragmencie. Przerwy można robić na przykład wtedy, gdy postać zmienia rozmówcę albo miejsce pobytu. Trudno, może będzie mniejsze napięcie, ale jest większa szansa, że czytelnik się nie pogubi i nie będzie musiał sprawdzać, jak dokładnie skończyła się poprzednia scena z udziałem tego bohatera.
W wyniku takiej a nie innej konstrukcji pojawiają się jeszcze inne problemy (przynajmniej ja je uważam za problemy). Zaczynam rozumieć, dlaczego zwykle w takich opowieściach pojawia się bohater, często główny (chociażby Frodo czy Harry Potter), który jest zupełnie albo prawie zupełnie „niekumaty”. Dzięki temu narrator i inni bohaterowie mają pretekst do wytłumaczenia czytelnikowi zasad rządzących danym światem, natury różnych stworzeń itp. A tutaj, gdy tylko przysłuchujemy się z boku rozmowom postaci, nie ma za bardzo takiej możliwości. Owszem, pod koniec pojawiły się tego typu zabiegi (opowieść Yorniego czy Navarro-Espanozy), ale było ich mało i po prostu „wykładały kawę na ławę”, bo zbliżało się zakończenie. Brakowało mi na początku jakiejś krótkiej charakterystyki państw kontynentu, ich mieszkańców i stosunków politycznych. Nie chodzi mi o suche wymienianie faktów typu powierzchnia czy liczba mieszkańców, ale o coś, co pozwoliłoby mi rozeznać się w sytuacji, bo mieszkańcy danych krajów wiedzą, o czym rozmawiają, więc nie mówią o oczywistościach, o których ja nic nie wiem. A ja się muszę wielu rzeczy domyślać: że to jest nazwa kraju, a to nazwa jego stolicy, a to imię władcy, a to rasa tego władcy. Musiałabym to sobie rozrysowywać po drodze, żeby być pewną, czy wszystko dobrze pokojarzyłam. To jest oczywiście bardzo dobre ćwiczenie umysłowe, ale ja mam jeszcze po drodze ogarnąć akcję, która jest nie mniej pokrętna. Dlatego podobał mi się pierwszy fragment o Lorr, gdzie opisałeś pokrótce wyspę i jej historię, tłumacząc przy tym, jakie są jej związki z elfami i ludźmi, co dało mi podstawę do zrozumienia dalszych wydarzeń. Wiadomo, że nie chodzi o opisanie wszystkich miejsc według jednego schematu, ale tutaj zdało to egzamin, więc czemu nie pokusić się o podobne rozwiązania gdzie indziej? Dobrze wyjaśniona była też cała kwestia demonów, gdy Albert ven Motoru ewakuował się z Oregou.
Przyznam, że czułam się przytłoczona ilością pojawiających się naraz informacji. Niektóre dziwne nazwy i rzeczy w końcu się wyjaśniły, jak choćby to, kim są Tancerze Wojny albo Allurianie, bardzo długo gubiłam się jednak w tych wszystkich nazwach z Ar. Nie wiem, na ile przeszkadzał mi w odbiorze fakt, że nie czytałam „Dyskretnego Uroku Smoków”, ale mimo wszystko opowiadanie powinno się samo bronić.
Poza tym dość irytujące były urwane mini-wątki, jak chociażby ten o wampirzycy czy o przepowiedni na temat Hansa i Kalith. Jeśli nie miałeś zamiaru ich rozwijać, to po co się pojawiły?
Mam jeszcze kilka uwag do konkretnych miejsc w tekście. Jakby się bardzo czepiać, to ten prolog nie powinien się nazywać prologiem, bo nie jest to: „wstępna, wyodrębniona część utworu dramatycznego lub narracyjnego,
zawierająca relację o faktach poprzedzających zawiązanie akcji; prologiem nazywa się też autorski komentarz poprzedzający utwór” (encyklopedia PWN). Wiem, że stanowi on razem z epilogiem ładną klamrę kompozycyjną, ale tak naprawdę jest wstępem, wprowadzeniem — i tu bym właśnie widziała te ogólne informacje o świecie. Ale to tak na marginesie, to w końcu Twoje opowiadanie i masz na nie własny pomysł.
Nie rozumiem do końca, czemu Monika stała na jakiejś polanie, gdy ją atakowano, bo chyba wcześniej była w zamku… Tu się właśnie pogubiłam. Tak samo jak w sytuacji, gdy Hans zerwał się z łóżka, by ratować Cravenvrenn, a mnie się wydawało, że był do niego jakoś przykuty czy przywiązany i nie pamiętałam, czy i kiedy go odwiązali. I dlaczego Monika chroniła Navarro-Espanozę. I czemu on był nieumarły albo raczej, kiedy to się stało i jak, bo chyba nie zarejestrowałam tego faktu. Do tego nie bardzo pojmuję, czemu (i na co) ven Amande zgodził się poświęcić i dokąd myślał, że się udaje, skoro się zdziwił, gdy trafił do Yorniego i w jaki sposób Yorni go do siebie ściągnął? W ogóle mam wrażenie, że pod koniec wszystko się jeszcze mocniej pokręciło, zamiast zacząć się układać w sensowną całość. Zdecydowanie umknęło mi to, kiedy Arendall umarł; nie do końca rozumiem, jakie konsekwencje miałoby mieć uwolnienie Illuminnoris (czy dobrze rozumiem, że to Córka Stwórcy?); na czym dokładnie polegało poświęcenie Allurian i co oni właściwie zrobili (choć tu podobało mi się, że poszczególne fragmenty kończyły się w podobny sposób); kim był tajemniczy młodzieniec w Oregou, który zniszczył Angrę… Zazwyczaj pod koniec książki sytuacja zaczyna się klarować, a poszczególne elementy układanki pasować do siebie. Tutaj, niestety, brakowało mi wyraźnego punktu kulminacyjnego; nie miałam olśnienia i zostałam z mętlikiem w głowie. Problem polegał też na tym, że skoro nie miałam kiedy się do bohaterów przywiązać, to rewelacja o tym, że Aleksandr jest wybrańcem, niewiele mnie wzruszyła, bo dla mnie był on tylko „brunetem o lalkowej twarzy” a nie postacią z krwi i kości, dla której jest to naprawdę ważne wydarzenie.
Przyznam, że w gruncie rzeczy opowiadanie nie było zbyt porywające, zapewne z tego powodu, że przez większość czasu bohaterowie omawiali sytuację polityczną, możliwości sojuszy i tym podobne kwestie. Do końca czułam się nieco zagubiona w tym świecie, a niektóre wydarzenia i decyzje postaci były dla mnie niejasne. Myślę, że mimo wszystko było za dużo punktów widzenia do opisania i lepiej byłoby wybrać te ważniejsze i skupić się tylko na nich, wprowadzając w jakiś inny sposób informacje o tym, co dzieje się w pozostałych miejscach. I ograniczyć trochę te suche dyskusje o polityce, a rozwinąć bardziej inne wątki.
Postaci:
Jeśli chodzi o bohaterów opowiadania, sprawia przedstawia się następująco: jest ich bardzo, bardzo dużo. Trudno jest mi wybrać głównych, na których skupiasz się najbardziej; dzielą się raczej na występujących częściej, rzadziej i tylko raz. Wszystko to sprawia, że — nawet przy tak dużej ilości tekstu — nie dało rady wszystkich, a choćby tylko najważniejszych, porządnie opisać. A nawet jeśli czegoś się o nich dowiedzieliśmy, to zazwyczaj był to opis bezpośredni, często niepotwierdzony działaniami bohatera. I choć kojarzę, kim był Arendall, kim Peter, a kim Hans, to jednak nie bardzo potrafię wymienić jakieś ich cechy charakterystyczne i osobowościowo trochę mi się zlewają. A takiego Petera nazywają podobno Drapieżcą Drapieżców, ale nie wiem dlaczego, bo z tej strony się nie pokazał. Z małym Silverfarrem bawił się jak starszy brat, ze Smirnunglaninn droczył się i żartował, bogini okazywał szacunek… Nie miał, tak jak i inni bohaterowie, pola do popisu, do tego, by się rozwinąć i pokazać swoje różne oblicza, a przy okazji przywiązać do siebie czytelnika.
Problem polega też na tym, że niemal wszystkie Twoje postacie są pokazywane w jednej, dwóch sytuacjach i praktycznie przez cały czas ich myśli i rozmowy toczą się wokół tych samych spraw: spotykają się, by zawrzeć sojusze, porozmawiać o sytuacji politycznej, przeprowadzić negocjacje dotyczące sojuszy spowodowanych rzeczoną sytuacją polityczną, uradzić, co powinni w związku z tą sytuacją zrobić i tym podobne. Jeśli wszystkich tylko to zajmuje, to nie dziw, że są pokazani jednowymiarowo. A to sprawia, że są papierowi i, co tu kryć, dość nudni. Nie ma też czasu i miejsca, by zagłębić się w motywy ich działań. Czasami odnosiłam wrażenie, że „wychodzą na scenę” i tylko klepią te swoje kwestie, żeby pociągnąć akcję dalej i doprowadzić do takich czy innych wydarzeń. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to nie o to chodzi z tą zbiorową aberracją jaźni i może na końcu okaże się, że byli dosłownie pionkami w rękach bogów (choć bogowie też się tak zachowywali). Ale potem stwierdziłam, że nawet jeśli to celowy zabieg, to nie trafił w mój gust, bo lektura była przez to zdecydowanie mniej porywająca.
To oczywiście mogą być tylko moje odczucia, ale wydaje mi się, że bez głównego bohatera, a z taką liczbą postaci drugiego, trzeciego i dziesiątego planu opowiadanie sporo traci.
Świat przedstawiony:
Akcja dzieje się na jednym z kontynentów świata SilV. Żyją tam różne rasy: ludzie, elfy, smocze elfy, smoki, krasnoludy, Allurianie, urrowie (o których wiem najmniej, bo nie występowali w opowieści), pojawiła się także przynajmniej jedna wampirzyca. Mamy też wielu bogów, przypominających trochę tych z greckiej mitologii, którzy mogą się ujawniać mieszkańcom SilV we własnej postaci (na przykład Orcana) bądź za pośrednictwem awatara (Stwórca). Tak to przynajmniej zrozumiałam. I jest jeszcze chyba jakiś równoległy świat — Ar, czyli kraina elfów. Na szczęście wszystkie rasy mogą się ze sobą porozumiewać dzięki wspólnej mowie.
Jak już wspominałam, intrygujący jest przykład Sclawenii. Aluzje do polskiej rzeczpospolitej szlacheckiej są tak silne, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam dopatrywać się tu jakiegoś drugiego dna. Chociażby Lelici zamiast Lechici, Jarema I Czarnowiecki, nawet Syren można skojarzyć z syrenką, a idąc dalej tym tropem — z Warszawą. Było ich za dużo i były zbyt oczywiste, by uznać je tylko za „mrugnięcie do czytelnika”. Nie jestem więc pewna, co miały na celu. Chyba że analogie do naszego świata (bo jest jeszcze imperium na wschodzie ze stolicą w Konstantynie) miały pomóc w zrozumieniu sytuacji politycznej?
Z drobnych uwag: raz pisałeś Lorenczycy, raz Loreńczycy. A druga rzecz: jak należy rozumieć określenie „berserk”? Używasz go na przykład w stosunku do niektórych krasnoludów, ale nie jestem pewna, czy ma ono takie samo znaczenie w SilV jak w naszym świecie, czyli: „w sagach nordyckich: wojownik mający opinię niezwyciężonego lub mężczyzna mogący przeobrazić się w niedźwiedzia”.
A tak zupełnie na marginesie, ciekawa jestem, czy komuś jeszcze nazwa Herbal kojarzy się z szamponem i pastą do zębów? I mam pytanie odnośnie Alemanii — czy to przypadek, czy wiesz, że Alemania to po hiszpańsku Niemcy? Nie graniczy ze Sclawenią, więc nie wygląda to na celowy zabieg, ale może…
Zgodność z kanonem:
Nie dotyczy.
Sposób prowadzenia narracji:
Jak zazwyczaj nie mam wiele do napisania w tym punkcie, tak teraz się rozpiszę. Wszystko dlatego, że bardzo mnie zaintrygował narrator opowiadania. Nie jestem pewna, czy ma on „roztrojenie” jaźni, czy może jest ich po prostu trzech, jak w „Chłopach”. Jednak niezależnie od tego, o którą z tych opcji chodzi, i tak nie jestem przekonana co do sensu i efektu końcowego tego zabiegu. Ale może po kolei.
Na początku mamy zwykłego narratora, który jest bezstronnym obserwatorem wydarzeń i opisuje po prostu to, co widzi. Nie wychyla się z własnym zdaniem, a i pod względem stylu niczym się nie wyróżnia; po prostu opowiada historię. Potem, ni stąd, ni zowąd, przy pierwszym fragmencie opisującym sytuację w Syren, stolicy Sclawenii, głos zabiera ktoś zupełnie inny. Nazwałam go pieszczotliwie Narratorem Z Zacięciem Kronikarskim, bo kojarzył mi się ze średniowiecznymi kronikarzami. Aczkolwiek jak tak teraz porównuję go z Gallem Anonimem i Długoszem, to stwierdzam, że oni nie robili aż takich kombinacji z szykiem… Już wiem! To Kraszewski! Kraszewski jak żywy (można zajrzeć do „Krzyżaków” lub „Starej baśni” i samemu sprawdzić). No ale nieważne, w tej chwili bardziej intryguje mnie fakt, dlaczego NZZK pojawiał się tylko przy fragmentach dotyczących Sclawenii. Wspominałam już o dość wyraźnych aluzjach i nawiązaniach do swojskiej rzeczpospolitej szlacheckiej, więc poniekąd taki styl dobrze tu pasuje, ale dlaczego tylko Sclawenia dostała własnego narratora? Nie odegrała głównej roli w tej historii i nie bardzo rozumiem, dlaczego została tak wyróżniona. To, że bohaterowie mówią w ten sposób, popieram, ale czemu został dodatkowo wprowadzony NZZK, to nie rozumiem. Zwłaszcza że próbując utrzymać konsekwencję w stylu, wszystkie zdania tworzy na jedno kopyto, co staje się monotonne.
*
Ogrodczyk splunął i soczystym kopnięciem w krocze, nieszczęśnika ocucił. Kopał go bez litości tak długo, póki tamten cały zakrwawiony, do drzwi wyjściowych się nie doczołgał.
- I nie waż mi się, kurwi synu, przed obliczem stanąć, bo zasiekę! – krzyknął na odchodnym porucznik, ostatniego kopa za drzwi swej ofierze posyłając.
- Szmatę do podłogi raz, proszę! – zawołał jeszcze w kierunku kuchni, po czym za swój kufel, pozostawiony przy barze chwycił i gardło przepłukał.
Z kuchni w tri miga wybiegł pachołek, by krew z podłogi uprzątnąć. Pan Kerim spojrzał na zebranych, po grdyce się masując.
Jak widać, nie zawsze udaje mu się tę konsekwencję zachować, bo pośród tych pięknych szyków przestawnych pojawiają się różne kolokwializmy i sformułowania, które wyraźnie nie pasują, na przykład:
*
- Świetnie – uśmiechnął się brodaty łysol, podchodząc do wyjścia. Zastukał w drzwi cztery razy.
*
Krasnolud swym czujnym okiem uważnie otaksował pana Kerima.
Trzecia postać, jaką przybrał narrator, to narrator-gawędziarz, który zwraca się bezpośrednio do czytelnika:
*
Weźmy zatem dla przykładu zielonowłosą boginię o szmaragdowych oczach, której smukłe, delikatne dłonie wprawiły właśnie w intymną rozkosz jasnowłosą piękność.
*
Ale jak zapewne już się domyślasz, drogi czytelniku, sprawa nie okazała się być tak prostą.
On też wyskakuje jak Filip z konopi, ale jego nie potrafię już powiązać z jakimiś konkretnymi fragmentami (może oprócz prologu i epilogu). I znowu nie bardzo rozumiem, w jakim celu on się pojawił i dlaczego akurat tu, a nie gdzie indziej.
Ta historia jest już sama w sobie na tyle skomplikowana, że dodatkowe atrakcje w postaci zmieniających się z jakiegoś bliżej nieznanego powodu narratorów wydały mi się zbytkiem szczęścia. Jeśli miałeś w tym jakiś cel, to chyba zawiodło wykonanie, a jeśli nie — sugerowałabym zdecydowanie się na jednego narratora. I może lepiej nie wybieraj NZZK, bo jego styl jest jednak trochę męczący.
Styl:
Do ogólnego stylu też mam trochę zastrzeżeń (pomijając to, co już napisałam o NZZK). Przede wszystkim brakowało mi lekkości i płynności, a za to pojawiały się różnego rodzaju zgrzyty, błędy w szyku zdania, niepasujące do nastroju kolokwializmy i zbyt wydumane, a przez to śmieszne opisy.
Kilka przykładów rzeczonych zgrzytów, niejasności i źle brzmiących skrótów myślowych:
*
Swoją potęgę [miasto] zawdzięczało w równej mierze trzem czynnikom: waleczności, bogatym złożom mithrilu oraz rzemiosłu. - To niby oczywiste, ale wypadałoby dodać, że „waleczności mieszkańców”.
*
czyniły go nieustannym łamaczem serc tutejszych dam. - Ten nieustanny nie brzmi dobrze, zresztą nie jestem przekonana, czy to określenie jest w ogóle potrzebne.
*
Olbrzymie sklepienia bramy wejściowej nawet na nich zrobiły wrażenie. Dopiero pod nimi nabierało się właściwej skali grodu. - Brakuje mi tu czegoś, może: „nabierało się pojęcia o właściwej skali grodu”?
*
Razem z grupą dwunastu najbliższych stronników, wykorzystując swą oczekiwaną absencję na dworze wyruszył do puszczy Loren. - „wykorzystując swą oczekiwaną absencję”? Może lepiej byłoby tę myśl jakoś rozwinąć, na przykład: wykorzystując fakt, że jego nieobecność na dworze nie zostanie zauważona albo wykorzystując fakt, że nikt nie zwróci uwagi na jego nieobecność na dworze (z jakiegoś tam powodu — nie wiem, co dokładnie kryje się za tą „oczekiwaną absencją”).
*
Szybko i sprawnie rozbito namioty. Smoki przybrały elfie postacie i padły spać. Mniej zmęczone elfy zajęły się oprzyrządowaniem obozu. Praca trwała w milczeniu. Okrągły jasny księżyc oświecał odbitym światłem mrok. Migoczące gwiazdy napełniały dusze spokojem. Arendall wyszedł przed namiot Władców. Rozejrzał się. Jego noktowizyjne oczy podziwiały okolicę. Była urzekająca. Płynąca nieopodal wartka rzeczka koiła swoim szumem. Doskonałe miejsce na trudne negocjacje. Uspokajało emocje. Elf rozluźnił się. Jego zduszone pragnienia wreszcie mogły dojść do głosu. Twarz o wyrazie kamiennej maski wykrzywił grymas. Smukła dłoń odgarnęła kruczoczarne włosy, odsłaniając srebrzyste oczy. Lekko czerwonawe usta skryły gorzki uśmiech. - Krótkie zdania pojedyncze nadają się bardziej do opisywania dynamicznych akcji, a tutaj wyraźnie zgrzytają i „rwą” opowieść.
*
Kompletnie rozebrana czarnowłosa piękność, sączyła przez słomkę napój z tykwy. - Moim zdaniem lepiej brzmi: „zupełnie naga”.
*
Kiedy przekroczył sklepienie drzwi do jego uszu doleciał łopot skrzydeł. - Chyba raczej „próg”. Sklepienie to sufit.
*
- Cieszmy się, że jest ciepło - pocieszał się Loreńczyk. Niepotrzebnie. Zabójcze cięcie miecza odcięło mu głowę. Umęczony Orkan pozwolił poprowadzić się w głąb lasu. - Z przykrością stwierdzam, że dramatyzm tej sceny jest zerowy. A zamiast „cięcie miecza odcięło” proponuję: „Zabójcze cięcie miecza pozbawiło go głowy.”
*
- Witaj żołnierzu. – Zwróciła się doń, patrząc prosto w oczy smoczycy cukierkowo-lalkowa piękność. - Określenie „cukierkowo-lalkowa” mi tu nie pasuje, bo jest takie… takie stereotypowe. Przecież stać Cię na więcej. Zresztą nie jestem do końca pewna, co ono oznacza. Co takiego jest w niej cukierkowego, czyli, jak mniemam, słodkiego?
*
Jego zwiewna sylwetka, długie, misternie ozdobione ręcznymi wyrzeźbieniami załamujących się fal burty oraz absolutny artyzm wykonania mimowolnie magnetyzowały spojrzenia wszystkich, którzy mieli szczęście go zobaczyć. To było prawdziwe, użytkowe dzieło sztuki. Przerzucony nad wodą trap nieśmiało zapraszał na pokład. Ledwo grupa mistrza katedry jasnowidztwa zbliżyła się do łajby na opustoszałym do tej pory pokładzie pojawił się smukły elf. - No to albo piękny statek, albo łajba.
*
Boczne ściany zdobiła para bliźniaczych, pojedynczych drzwi, które ledwo z przybyciem goście, prawie jednocześnie się otworzyły. - Tutaj trochę przekombinowałeś, może: „które otworzyły się niemal jednocześnie z przybyciem gości” albo „które otworzyły się, ledwo goście weszli do środka”.
*
Kiedy świat był wystarczająco wymęczony wojną powracali w pełnej chwale dobijając wichrzycielskich niedobitków. - Dobijając niedobitków nie brzmi dobrze.
*
Białobrody, blisko dwumetrowy kolos, o aparycji czterdziestolatka koił czas oczekiwania podziwianiem bajecznego widoku Konstantyna. - Koił czas oczekiwania? Koić to uśmierzać ból, więc może po prostu „umilał sobie czas oczekiwania”.
*
Wstał tak jak leżał, odszukał jednym spojrzeniem swą szybkostrzelną kuszę. - „Wstał tak jak leżał” brzmi jakoś dziwnie, choć chyba rozumiem, co miałeś na myśli. Nie wiem, czy nie wystarczyłoby samo „wstał”, a ewentualnie gdzieś później można by dodać, że wybiegł z komnaty „tak jak stał”, czyli nie ubierając się.
*
Margareth ocknęła się rozwleczona i skuta z tępym bólem głowy, wpół stojąc, wpół leżąc na brzuchu w specjalnie spasowanej konstrukcji. - „Rozwleczona” to dość niefortunne określenie, bo nic nie wskazuje na to, by ją poćwiartowali albo wybebeszyli. Może „rozciągnięta”? A określenia „specjalnie spasowana konstrukcja” nie rozumiem. Chodzi Ci o to, że była specjalnie do tego celu przygotowana, czy może specjalnie dopasowana do Margareth?
*
Nasycona wampirzyca spojrzała z pogardą na puste zwłoki prawie jeszcze chłopca. - „Prawie jeszcze chłopca”?
Teraz kwestia problemów z szykiem:
*
Zza pleców jego wystawała głownia miecza. - „Zza jego pleców…”
*
Gigantyczne budowle głównie w kształcie schodkowych piramid charakteryzowały zabudowę Moonhakor. - „Zabudowę Moonhakor charakteryzowały gigantyczne budowle, głównie w kształcie schodkowych piramid.”
*
Korytarz długi, monumentalny mienił się barwami tęczy. - „Długi, monumentalny korytarz mienił się barwami tęczy.”
*
O niebieskiej głębi praoceanu oczy, bez mrugnięcia powieką pozwalały mu się w sobie zatopić, a uwodzicielsko czerwony grymas boskich ust rozpalał mimowolnie niższe partie ciała. - „Oczy o niebieskiej głębi praoceanu pozwalały mu zatopić się w sobie…”
*
- Zaszczycona jestem, iż waszmość książę, osobiście dostarczyć jej królewskiej mości moją skromną osobę raczył. - „Zaszczycona jestem, iż waszmość książę osobiście dostarczyć moją skromną osobę JEGO królewskiej mości raczył.” Choć oczywiście lepiej by to wszystko brzmiało, gdyby „raczył” nie było na końcu, ale skoro Sclaweńczycy mają taki styl mówienia, to niech się męczą.
To teraz kolokwializmy:
*
Miasto to rozpościerające się na całą dolinę powalało monumentalnym majestatem. - Moim zdaniem to zdanie brzmiałoby o wiele lepiej, gdyby miasto „przytłaczało”.
*
Podszedł do kuli i wydarł się na całe gardło.
*
Najwyraźniej młody Aleksandr nieopatrznie uznał brak jego reakcji za słabość, a on sam nie dostrzegł, iż w unikaniu bezpośredniej konfrontacji lalkowego młodzieńca, kryło się coś znacznie poważniejszego od młodzieńczego focha...
*
Zielone oczy opuściła furia, zastąpiona rozbudzonym pożądaniem. Onn z rozmysłem powoli zniżała głowę, by wreszcie wlepić swe usta w usta pokonanej.
I jeszcze zbyt kwieciste i pokrętne metafory:
*
- Bo swoim spokojem, przypominam ci kim jesteś i do czego powinnaś dążyć – odrzekł mężczyzna przytulając po bratersku śniadolicą, czarnowłosą iskierkę.
*
Człowiecza stal spotkała się z melancholią elfiego granitu. - To opis tego, jak człowiek z elfem spojrzeli sobie w oczy.
*
Policzki Lilithill przecięły dwie wodne pręgi.
Żeby nie było, że tylko się czepiam, to na przykład podobała mi się scena, w której ocalali członkowie dywizjonu wracali do SilV, a narrator opisywał przemyślenia Arendalla. Dobrze został uchwycony charakter Młodszych Braci i stosunek Arendalla do nich, a i przyjemnie się to czytało.
Jeśli chodzi o dialogi, to przeszkadzała mi niekonsekwencja stylistyczna. O ile bardzo podobało mi się, że mieszkańcy Sclawenii mieli charakterystyczny sposób mówienia, o tyle wprowadzenie innych bohaterów mówiących w ten sam sposób — a niezwiązanych z tym państwem — zepsuło ogólny efekt.
Markiz z La Roche:
*
- Niesprawiedliwy osąd, szlachetna pani – odrzekł rycerz, podkręcając sumiastego wąsa. – Chętnie osobiście panią przed obliczę jego wysokości doprowadzę.
Krasnolud Yorni, który dodatkowo, jak widać na drugim przykładzie, porzucił w pewnym momencie styl „sclaweński”:
*
- Od razu widać, żeś waszmość, nie przez przypadek w kapitule zakonnej zasiadasz.
*
Próbowano to początkowo wytłumaczyć smoczą naturą kluczy, jednakże z biegiem lat nie dało się nie zauważyć oczywistości. Arendall podczas pobytu w Ciemnej Krainie nasiąkł naukami Darcthoura, a jego natura została „skalana upadkiem”. - I tak przez całą opowieść. Dobrze, że przynajmniej ma swoje charakterystyczne „kochaniutki”.
Z kolei Pierre ven Amande był dobrze wychowany i dostosował się do stylu gospodarza (czyli Yorniego; przykład 2), mimo że w rozmowie z pułkownikiem Dalim mówił zupełnie inaczej (przykład 1).
*
- Zatem, chcąc nie chcąc znajdujemy się, Panie pułkowniku, po tej samej stronie barykady – uśmiechnął się Allurianin. – Pytanie brzmi, na ile jesteście gotowi zaakceptować polityczne zmiany, które niebawem mogą wstrząsnąć Lorenią.
*
- Zacznijmy od początku – zaproponował Pierre. – I polejcie sobie, Panie Yorni, aby gardło przepłukać i myśli w głowie ułożyć.
W sumie drobiazg i dziwię się nawet, że to zauważyłam przy takiej liczbie bohaterów, ale mimo wszystko sprawia to wrażenie, jakbyś nie do końca panował nad tym aspektem opowiadania.
Podobały mi się za to rozmowy kupców i rzemieślników w Herbalu oraz to, jak ich wypowiedzi się przeplatały, oddając gwar i chaos zatłoczonego miejsca, gdy wszyscy mówią naraz.
Za to nie bardzo przypadły mi do gustu sytuacje, w których usilnie starałeś się wymyślić jakieś nowe sformułowanie na określenie tego, kto w danej chwili mówi. W momencie, gdy nie ma dwóch młodzieńców albo dwóch królów, moim zdaniem spokojnie wystarczy stosować zamiennie: „młodzieniec”, „król”, „Aleksandr”, „władca”. Darowałabym sobie twory w stylu: „zaciekawił się brunet o lalkowej twarzy” czy „odpowiedział młodzieniec o lalkowej urodzie”, bo dla mnie brzmi to śmiesznie, skoro znamy już bohatera z imienia i funkcji, a nie ma innego młodzieńca, z którym moglibyśmy go pomylić.
Z drugiej strony, zdarzało Ci się zupełnie nagle wprowadzać na kogoś nowe określenie i musiałam się głowić nad tym, o którą postać Ci chodzi, gdy ni stąd, ni zowąd piszesz o „pustynnej elfce” (nie wyjaśniając zresztą, czym różni się pustynna elfka od zwykłej elfki).
Wszystko powyższe sprawiało, że lektura nie szła jak z płatka, a do tego prędzej się można było zirytować niż zachwycić. Rady, które mogę dać, są chyba dość oczywiste, ale coś napisać muszę, żeby krytyka była konstruktywna.
Płynność stylu przychodzi, wydaje mi się, z czasem, trzeba tylko czytać i ćwiczyć. Na zgrzyty i niedopatrzenia pomaga kilkukrotne czytanie własnego tekstu, a także świeże oko innych osób. Przeczytanie zdania na głos zwykle pozwala wyeliminować problem z szykiem; według mnie „zza pleców jego” brzmi pompatycznie, a „zza jego pleców” normalnie i na tej podstawie mogę wybrać, co mi bardziej w danym momencie pasuje, a z kolei w zdaniu o dostarczaniu kogoś jego wysokości można spróbować różnych wersji i zobaczyć (czy raczej: usłyszeć), która brzmi najlepiej i najsensowniej. Konsekwencja w dialogach to kwestia wyznaczenia sobie, kto jak mówi, jakie ma charakterystyczne powiedzonka i tak dalej, a potem spisanie tego albo przynajmniej sprawdzanie podczas pisania kolejnych scen z udziałem danego bohatera, jak mówił w poprzednich rozdziałach. Trochę jest przy tym roboty, ale efekt końcowy jest chyba tego wart?
Poprawność językowa:
Tekst niestety roi się od różnego rodzaju błędów. Część z nich wynika z niedbalstwa i niedopatrzenia, co stosunkowo łatwo „naprawić”, a na resztę powinny pomóc słowniki.
Błędy interpunkcyjne
Z interpunkcją masz największe kłopoty; przede wszystkim z przecinkami, które hasają radośnie po tekście i przysiadają w różnych dziwnych miejscach. Gorąco polecam zaglądanie do zasad interpunkcji podczas pisania, bo to aż wstyd. Głównie zwróciłabym uwagę na zdania wtrącone oraz na sytuacje takie jak ta poniżej:
*
Biuro, było pomieszczeniem schludnym, gustownie urządzonym i wyraźnie przeznaczonym do przyjmowania, zasobnych klientów. - Przecinek to znak interpunkcyjny, którego podstawową funkcją jest „oddzielanie mniejszych całości w obrębie wypowiedzenia” (Słownik ortograficzny PWN), więc jaki ma sens, tak na logikę, stawianie go między podmiotem i orzeczeniem? I ten przed „zasobnych” też niepotrzebny.
Błędy ortograficzne
*
Rozpoznał tożsamość rozmówcy i zrozumiał powody niestandartowych działań. - „niestandardowych”.
*
albo pole bitwy umiejętnie przeniesiemy na inną ziemię, albo padniemy ofiarom trzech potęg. - „ofiarą”.
*
Smoczy jeździec podsadził swego towarzysza, poczym sam wskoczył na konar. - „po czym”.
*
Dopiero teraz dotarła do Aleksandr’a najważniejsza z przekazanych do tej pory informacji. - Bez apostrofu, bo jego imię kończy się na spółgłoskę.
*
- Nie oddamy ziemi bez walki - zgrzytną zębami admirał. - „zgrzytnął”.
*
Teraz wyraźnie ściszyła głos, jakby chciała ukryć wypowiedziane słowa przed nieporządnymi uszami. - Te uszy to miały chyba być „niepożądane”.
*
a to z kolei oznacza, że całą naszą symulację trafił właśnie szlak! - A nie, bo „szlag”.
*
O rzesz w mordę! - „ożeż”.
*
Arendall oczywiście nakazał ochronę swojego syna, ale w niczym niezmienia to faktu, iż pragnie maksymalnie ograniczyć obszar działań wojennych. - „nie zmienia”.
*
ale nie zamierzam kalać jego krwią własnych rąk, bez potwierdzenia, iż opaczność boża wspiera nasze działanie. - „opatrzność”.
*
Choć zaprowadzę cię do lekarstwa. - „chodź”.
Błędy leksykalne
*
porucznik Barin permanentnie pełnił karne warty na najbardziej podłych posterunkach góry. - Permanentny to „nieustannie trwający”, a on przecież nie stał na tej warcie non stop, tylko bardzo często.
*
Poznała to miejsce pamięcią dawnych zdarzeń, kiedy to jeszcze jako latorośl przyprowadzona została do mitycznej siedziby elfów. - „Latorośl” oznacza potomka, więc jest się nią całe życie, a tutaj chodziło Ci chyba po prostu o dziecko, kogoś młodego.
Błędy frazeologiczne
*
Aleksandr z otwartymi na oścież oczami opadł na oparcie krzesła. - „Na oścież” otwiera się drzwi i okna.
*
W ramach gwarancji, że SilV nie wmiesza do układu swoich trzech groszy - Trzy grosze się wtrąca.
*
Czasami nawet długowiecznym elfom sprawy potrafią niebezpiecznie wyślizgiwać się spod kontroli. - „wymykać się spod kontroli”.
*
Kościół Stwórcy był kolosem na słomianych nogach. - „na glinianych nogach”.
*
Zresztą oderwanie się kislewskiego kniazia Wiktora od macierzy przelało nie tylko wśród Allurian szalę goryczy. - „czarę goryczy”.
*
Dowodem, że nie trzeba płaszczyć się do elfickich bogów, by przywłaszczyć sobie ich dary. - Można płaszczyć się PRZED kimś.
Błędy składniowe i gramatyczne
*
Nie po raz pierwszy autor przewodnika udowadniał całkowicie beztroskie podejście do realiów. Czytając to w domu może i oddawało nastrój przygody, ale zabłądziwszy w Wielkim Lesie przechodziła ochota na zrozumienie poetyckiego zacięcia pisarza. - Dość częsty błąd w przypadku imiesłowów. Najważniejsza zasada jest taka, by w obu częściach zdania był ten sam podmiot, a u Ciebie tak nie jest. „Czytając” odnosi się do człowieka, a „oddawało” do przewodnika. Tak samo w drugiej części zdania: „zabłądziwszy” to o człowieku, a „przechodziła” o ochocie. W tym wypadku nie da się zrobić imiesłowu i lepiej zapisać to tak: „Gdy czytało się go [przewodnik] w domu, może i oddawał nastrój przygody, ale kiedy zabłądziło się w Wielkim Lesie, natychmiast przechodziła ochota na zrozumienie…”
*
Właściwe pytanie brzmi, ilu członków Zakonu Magii nieskalana jest demonologią? - „nieskalanych”.
*
- Nie powinnyśmy tu być – wyszeptał. - Skoro w grupie, o której mowa, jest przynajmniej jeden mężczyzna (a na to wygląda), to „powinniśmy”.
*
Pozostali, z Panem Maciejem na czele, stanęła naprzeciw oprawców. - „stanęli”.
Literówek też jest sporo i aż się prosi o ich wyczyszczenie.
Wulgaryzmy, idiotyzmy, słowotwórstwo:
Wulgaryzmów się trochę pojawiło w dialogach, ale narrator się ich wystrzegał.
Jeśli chodzi o różne potknięcia logiczne i inne niejasności — trochę tego było:
*
Cząsteczki życia wyciekały z jego rany, jak kasza z dziurawego wora. - O ile mi wiadomo, kasza nie jest płynem, więc nie wycieka, tylko się wysypuje.
*
oznajmił ciepłym, serdecznym głosem siwowłosy, szpakowaty starzec - Szpakowaty to inaczej siwawy, więc jedno z tych określeń jest zbędne.
*
Budowla, choć wysoka, zbudowana była na kształt prostokąta, przykrytego trójkątnym, płaskim dachem. - Jeśli budowla była prostokątna, to jakim cudem miała trójkątny dach? Chyba że to była taka awangarda w architekturze sakralnej i twórcy nie przejmowali się tym, że wiernym będzie kapać na głowy.
*
- Wspaniale – mrugnęła do władcy okiem smoczyca. - A czym innym miałaby mrugnąć?
*
Jeden czarnowłosy, barczysty, o sumiastym wąsie i wysoko podgolonych bokach, drugi z siwo-czarną brodą, z krótko przyciętymi włosami. - Hm, „wysoko podgolone boki” brzmią intrygująco.
*
Jego jowialnej twarzy zaprzeczały przeraźliwie zimnokrwiste błękitne oczy. - Nie do końca rozumiem, jak oczy mogą być zimnokrwiste.
*
Ubrany w czarne kapłańskie szaty, przypominał prostego mnicha, jednakże duży rozległy złoty pierścień na prawej dłoni zaświadczał jednoznacznie o najwyższej randze. - Słowo „rozległy” bardziej mi się kojarzy z terenem niż biżuterią, a poza tym znaczy mniej więcej to samo co „duży”, więc wydaje mi się tu zbędne.
*
Wessała się w jej krew! - Moim skromnym zdaniem można komuś „wyssać krew”, a „wessać się” to ewentualnie w szyję czy inną część ciała.
*
Krótko mówiąc, jest policzona ilość nieśmiertelnych boskich bytów i trudno oczekiwać, by na przestrzeni trwania wszechświata, ta policzalna ilość, mogłaby się nawzajem nie poznać. - Policzalna ilość to chyba po prostu liczba.
*
Niepokoiła ją rozmowa z boginią, która nader rzadko decydowała się na samoistne spotkania. - „Samoistny” to według SJP: 1. «istniejący lub powstały niezależnie od czegoś innego», 2. «tworzący odrębną, niezwiązaną z niczym całość». Nie bardzo rozumiem, co miałeś na myśli, pisząc o „samoistnych spotkaniach”.
*
Spokojnym, wyważonym krokiem pomknęła do drzwi. - „Mknąć” to poruszać się bardzo szybko, więc widzę tu pewną sprzeczność.
*
Trudno byłoby się doszukać w jego urodzie czegoś szczególnego, może prócz wyraźnego niedoboru wzrostu, jednakże nie na tyle znacznego, by móc określić go niskim. - Jeśli to był „wyraźny niedobór wzrostu”, to chyba znaczy, że BYŁ niski, prawda?
*
- Uciekaj! – wrzasnął starzec, lecz zamachowcy dobyli już mieczy, by zwieńczyć swe dzieło zniszczenia. Pięć granitowych ostrzy wzniosło się ku niebu, przywołując planowaną zagładę. - Te miecze z granitu mnie zaintrygowały; nie są chyba zbyt poręczne ani efektywne?
*
W przeciągu następnej godziny po mieście rozbrzmiała fala miauknięć, póz i prychów - Miauknięcia i prychy (a właściwie prychnięcia) rozumiem, ale skąd pozy?
*
Że jesteś godnym przewodnikiem po meandrach życia naszych poddanych? – spytał smok, otwierając źrenice. - A jak je zamknął? Chyba że smoki posiadają taką umiejętność, a ja po prostu o tym nie wiem.
*
Przy stole siedział siwiuteńki krasnolud, z potarganymi na wszystkie strony włosami, w starodawnym żuPanie, o poplamionych atramentem rękawach, i binoklu w jednym oku. - „Binokl w jednym oku” to po prostu monokl (zwłaszcza że „binokle” nie mają liczby pojedynczej). A przy okazji, intryguje mnie to duże P, które się pojawia czasami w środku wyrazów. To pewnie jakaś niecna sprawka Onetu.
*
Wie pan, gdzie się znajdujemy, czy też w swej arogancji pan Motoru zapomniał was poinformować?
- Wiem, czego ode mnie się oczekuje, ale nazwa tej lokacji nie została mi wyjawiona – wyjaśnił ven Amande. - Chyba lokalizacji? „Lokacja” to zakładanie wsi lub miasta.
*
Abyś zrozumiał naszą motywację, pozwól mi proszę najwyższy, pozwolić sobie wytłumaczyć prawdziwy przebieg pewnych, zatajonych najwyraźniej przed tobą zdarzeń. - O jedno pozwól tu za dużo.
Podsumowanie:
Jestem pod wrażeniem rozmachu, z jakim stworzyłeś ten świat, wymyśliłeś ludzi i sytuacje, a następnie zaplanowałeś, jak mają przebiec wydarzenia. Sama ta historia ma potencjał, chodzi tylko o to, żeby ją ładnie zapakować i podać czytelnikowi. Nie na tacy, bo nie celujesz raczej w bezmózgą rozrywkę, ale jednak w takiej formie, by mógł ją docenić. Prawdę mówiąc, gdybym nie oceniała tego opowiadania, to pewnie bym się poddała i nie doczytała do końca. Moim zdaniem zawiodło wykonanie; zarówno sposób przedstawienia wydarzeń, jak i strona czysto techniczna. Uważam jednak, że dalsza praca nad „Zbiorową Aberracją Jaźni” ma sens i gorąco do niej zachęcam. Chciałabym też zaznaczyć, że ocena końcowa ma tu najmniejsze znaczenie, bo i tak nie mogę znaleźć kategorii, która podsumowałaby to wszystko, o czym pisałam wyżej. Będzie więc środek skali, czyli
Średnie.
Łał, napisałam ocenę dłuższą od naszego menu...
[Powrót] Komentuj
Traq >> 14.09.10 o 19:27 >> brak www
Cieszę się, że ocena na coś się przydała i że masz zamiar dalej pracować nad tą historią. Czasem chyba rzeczywiście lepiej zacząć pisać od początku, niż poprawiać to, co się ma. Życzę weny, czasu i cierpliwości ;)
Pozdrawiam.
---
RinV >> 14.09.10 o 17:20 >> brak www
Dziękuję pięknie za ocenę.
Potwierdza ona moje wątpliwości odnośnie tekstu.
ZAJ to przeróbka Dyskretnego Uroku Smoków, która miała na celu wyjęcie głównego wątku i skoncentrowaniu się na pozostałych wydarzeniach. Podczas pracy nad tekstem zniknęły z niego napisane pierwotnie wyjaśnienia, a pozmieniany (względem pierwotnego)ciąg wydarzeń zrobił się niestety jeszcze mniej czytelny.
Mam duży problem z finałem i nie wiem, jak go rozwiązać. W poprzedniej wersji poszczególne wątki były opisywane kolejno i czytelnik zapominał w którym momencie się urywały.
Teraz wszystko prowadzone jest równolegle, ale wyjaławia to bohaterów i powoduje większy mętlik...
Cóż, muszę chyba wyrzucić to wszystko do "kosza" i zacząć pisać od nowa.
Pozdrawiam
---