Ocena nr 262 - Huma Bezimienny ocenia "Dziecko mafii" >> 20.10.09 o 00:40
Dziecko mafii
Od razu na wstępie zaznaczam, że wstydzę się tej oceny i przepraszam wszystkich czytających, że to takie dno. Z pewnością jest zbyt krótka, powierzchowna i nie wnika w „głębię” ocenianego opowiadania. Niestety po przeczytaniu blisko dziewięćdziesięciu stron tego… tekstu, z braku lepszego tudzież cenzuralnego określenia, chcę to zrobić najszybciej, jak się da i zapomnieć, że w ogóle musiałem to czytać. Choć boję się, że przez najbliższe miesiące będę miał koszmary.
Pierwsze wrażenie
Całkiem przyjemne, ze zdziwieniem musze przyznać. Z wyglądu nie jest źle, tekst wygląda na obszerny i przemyślany, tytuł też sugeruje coś ciekawego. Niestety już pierwsza strona sprawiła, że musiałem zrewidować poglądy. Pierwszy rozdział doprowadził do tego, że już miałem wystawioną ocenę. Pozostałe kilkadziesiąt stron zmieniło moją opinię na znacznie gorszą.
Wygląd
Właściwie do szablonu nie mogę się w żadnym stopniu przyczepić. Całość w czerni, ładny rysunek w nagłówku, z lewej menu, spis treści, guziczki, info i tym podobne. Treść opowiadania w szerokiej kolumnie centralnej. Tekst wyjustowany. No po prostu ślicznie. Troszkę się zdziwiłem wchodząc ze strony głównej do poszczególnych rozdziałów, gdyż tam układ jest troszkę inny, a zastosowany rysunek już nie taki fajny jak na stronie głównej, ale stawiam, że autorka zmienia właśnie układ i nie zrobiła tego jeszcze na wszystkich podstronach. Ale nadal nie mam się do czego przyczepić.
Fabuła
W gruncie rzeczy nie wiem, o czym mam tutaj napisać. Te dziewięćdziesiąt stron nie naprowadziło mnie niestety na żadną konkretną nić fabularną opowiadania. Jak dla mnie to jeden wielki zbitek wydarzeń, w zasadzie nie łączących się ze sobą niczym poza bohaterami. Nie wiem jaki plan opowiadania ma autorka, bo być może to wszystko ma sens, który jednak ujawni się dopiero w późniejszym czasie, spajając ze sobą pozornie oderwane wydarzenia. Na chwilę obecną jednak mam nadzieję, że nie będę musiał tego sprawdzać.
Ciąg przyczynowo-skutkowy całego opowiadania leży i kwiczy, przy okazji wybuchając demoniczno-opętańczym śmiechem. Autorka zakłada na przykład, że bohaterowie mogą sobie bezkarnie biegać po mieście i zastrzelić każdego napotkanego przechodnia, tylko dlatego, że krzywo na nich spojrzał. Albo, że widok zmasakrowanych zwłok rodziców nie wywoła u ośmioletniego dziecka żadnej reakcji. Bohaterowie w większości sytuacji zachowują się jak totalni debile, żyjący w jakimś wyimaginowanym świecie, którym nie rządzą żadne prawa poza tymi ustanawianymi przez nich. Nie ukrywam, że to opowiadanie było pierwszym w mojej krótkiej karierze, które chciałem rzucić w kąt, oblać benzyną i spalić razem z całym budynkiem, już po paru pierwszych rozdziałach, a później napisać na stronie ocenialni wpis zaczynający się od słów „Huma Bezimienny odmawia oceny…”. W sumie nie wiem dlaczego tego nie zrobiłem. Benzyna trochę droga.
Postacie
Od groma i trochę. W zasadzie można wyróżnić dwie postaci główne, prowadzące coś na kształt narracji, i znaczną ilość osób ich otaczających, w większości znajomych Daniela i członków grupy Nictorios.
Katarzyna Mayer - ośmiolatka z problemem. Ale, jak się dość szybko okazuje, problemem zupełnie nieistotnym. Jakaś laska zabiła jej rodziców. Tak po prostu, bo dostała na urodziny nowy karabin maszynowy. Dziewczynka nie wydaje się jednak jakoś specjalnie smutna z tego powodu (pomijając denerwujące wstawki, kiedy ktoś jej przypomina rodziców, a ona, sama się za to besztając, zaczyna ryczeć). Jeszcze tej samej nocy, gdy odkrywa ciała rodziców w kałużach „czerwonej farby”, jak sama błyskotliwie zauważa, znajduje sobie nowego opiekuna i trafia do domu grupy określającej siebie jako Nictorios. Trudno powiedzieć, czy to mafia, zabójcy na zlecenie, czy po prostu paczka świrów, bo zbieranina jest to iście komiczna. Niestety nie jest to wyjaśnione. Dziewczynka zachowuje się jak prawdziwa, rozkapryszona, a czasami niedorozwinięta ośmiolatka. Płacz jest najprostszą metodą osiągnięcia każdego celu. Padające gęsto przez całe opowiadanie trupy nie wydają się robić na niej jakiegoś specjalnego znaczenia. Postać jest irytująca jak rój komarów.
Daniel vel „Danonek” vel inny jogurt - kolejny młodociany w gronie Nictorios. Namiętny piroman, wprowadzający Kasię w tajniki domowych metod produkcji granatów dymnych, przy okazji narrator w paru rozdziałach opowiadania. Rozdziałach, które początkowo wydają się bardziej sensowne i celowe niż cała reszta, lecz to wrażenie mija po sytuacji z jego dziewczyną, umierającą mu na rękach po postrzale (która to sytuacja jest najbardziej bzdurną i kretyńską, jaką spotkałem we wszystkich opowiadaniach, jakie dotąd przeczytałem). Później jest już tylko gorzej. Chłopak z problemami, z wyglądu emo (tatuaż na oku, „wytatuowane” żyletką wyrazy „Dziękuję” i „Przepraszam” na dłoniach, czy opadająca na oko grzywka), który jako najmłodszy po Kasi mieszkaniec domu zostaje z miejsca jej przybranym braciszkiem i opiekunem. Nie wzbrania się przed zabraniem dziewczynki, idąc kraść samochody, strzelając przy niej do ludzi itd. Po prostu cool guy. Autorka stara się po śmierci dziewczyny przedstawić go jako biednego, pokrzywdzonego przez los i społeczeństwo młodzieńca, ale wychodzi z tego jedno wielkie pomieszanie z poplątaniem, z którego Daniel wyłania się z uśmiechem na ustach i giwerą w dłoni.
Ponadto mamy całą gamę mieszkańców domu i członków Nictorios, oraz przyjaciół Daniela z blokowiska. Niestety wszyscy w opowiadaniu scharakteryzowani są głównie poprzez wygląd i stosunek Kasi i Daniela do nich, oraz przez pistolet jaki ze sobą noszą. A tak. Autorka widać jest pasjonatką broni palnej i każdego z bohaterów wyposażyła w unikatowy model takowej. Jeden nosi colta, kolejny barettę, jeszcze inny visa. Pełny przegląd sklepu militarystycznego. Niestety na tym się charakterystyka bohaterów kończy. Ze względu na fakt, iż występują jedynie w krótkich scenkach z udziałem bohaterów prowadzących narrację, ciężko powiedzieć o nich coś konkretnego. Widać, że każdy ma jakieś cechy, ale niczego co miało by jakiekolwiek znaczenie dla „fabuły”, czy akcji jako takiej.
Świat przestawiony
Poznań, współcześnie. Opisy poszczególnych lokacji występują, choć nie można powiedzieć, aby były wyczerpujące, czy też budujące klimat. Po prostu mamy suchą informację, że są schody, drzwi są po prawej, a w pokoju stoi kanapa. Opisy samego miasta również się pojawiają, ale ograniczają się do określenia położenia akcji na mapie, czyli autorka wskazuje konkretne ulice (podejrzewam, że faktyczne ulice z Poznania, ale nie miałem ochoty już tego sprawdzać). Niestety nie będąc mieszkańcem Poznania i nie znając tego miasta zbyt dobrze, ciężko mi faktycznie powiedzieć, gdzie akcja się toczy. Równie dobrze mogła by to być dżungla amazońska, co centrum Nowego Yorku.
Zgodność z kanonem
Nie dotyczy, opowiadanie autorskie.
Sposób prowadzenia narracji
Autorka zastosowała narrację w stylu „chaos totalny, pomieszanie z poplątaniem”. Ostatecznie nie jestem w stanie określić, jaki typ narracji został użyty. Początkowo wydawało się, że mam do czynienia z narracją pierwszoosobową. Niestety już stronę czy dwie później narrator pierwszoosobowy (z punktu widzenia Kasi) okazał się być wszystkowiedzący!?! Żeby tego było mało, narracja co jakiś czas przeskakuje na trzecioosobową, pierwszoosobową z punktu widzenia innej osoby, albo jakąś dziwną i trudną do określenia mieszaninę. Do tego dochodzą rozdziały w dalszej części opowiadania, kiedy narratorem zostaje Daniel. Istny chaos, który dodatkowo pogłębia zagubienie czytelnika w bajzlu panującym w całym tekście.
Styl
Gdyby nie dość bogate słownictwo, sporo nawiązań „militarystycznych”, porównań i zwrotów, czy nawet podtekstów o charakterze seksualnym, powiedziałbym, że opowiadanie pisała równolatka Kasi. Niby na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku, ale jak się wczytać okazuje się, że w co drugim zdaniu można znaleźć jakieś dziwne potknięcie. A przynajmniej kilka-kilkunastokrotnie w każdym rozdziale, a tych jest dużo, trafiają się zdania, przy których nie pozostaje nic, jak opuścić miejsce siedzące, udać się na miękkie podłoże i wykonać standardowe tarzanie się ze śmiechu. Niestety po kilkudziesięciu stronach takich eksperymentów językowych człowiek zaczyna raczej szukać twardej ściany, o którą mógłby rozbić bolący mózg.
*
Z drzwi prowadzących do miejsca mi nieznanego wybiegł mój wybawca. - no comment.
*
W czasie tej rozmowy kobieta postawiła zapłakaną mnie na drewnianej podłodze i obejrzała od stóp do głowy. - „zapłakaną mnie”?
*
Nic nie mówiąc wziął swój czarny płaszcz i wyszedł. Krys zebrał się równie szybko i wyszli. - czyli wyszedł, a później wyszli razem.
Poprawność językową
Cóż, można powiedzieć, że niektóre zdania napisane są bez błędów. I jeśli założymy, że przez „niektóre” rozumiemy jedno na dziesięć, to możemy być w miarę bliscy prawdy. Niestety jednak opowiadanie jest niechlujne, najeżone dziesiątkami literówek, setkami błędów interpunkcyjnych i znaczną ilością ortograficznych byków, od których włosy dęba stają i próbują uciec z głowy w jakiś ciemny kąt (stosując zapis z opowiadania „ciemny kont”). O powtórzeniach, czy błędach gramatycznych już nawet nie wspominam.
Interpunkcja
Autorka wie, że przecinki należy w tekście stawiać, niestety nie ma bladego pojęcia gdzie. Niestety w kwestii kropek nie ma już tak dobrze, tutaj bowiem wiedza, że być powinny, w wielu przypadkach szwankowała. Do tego dochodzi zerowa znajomość, czy też umiejętność zapisu dialogu. Po pierwszych kilku rozdziałach nie skupiałem się już nad nimi specjalnie, ale nie wiem czy w całym tekście znajdzie się choćby kilka dialogów zapisanych poprawnie. A na koniec gwóźdź… do trumny. Autorka namiętnie stosuje w tekście emotikony. I to nie jakieś tam uśmiechnięte buźki, o nie. Pojawiają się takie symbole, jak ^^, T.T, o.O, =.= i tak dalej. Muszę przyznać, że sporo się nauczyłem, szkoda tylko, że przynajmniej połowy z zastosowanych znaczków nie rozumiem. Widać jestem za mało trendy, jazzy, czy jakie tam teraz określenie obowiązuje.
*
- Jestem cieniem samego siebie. – spojrzał w swoje odbicie w drinku – To nie jest wyjście – zapłacił i zostawił prawie pełną szklankę przy barze. - po „siebie” bez kropki, lub z kropką, ale „spojrzał” z dużej litery. Dalej, po „drinku” kropka. Po „wyjście” kropka, a „zapłacił” z dużej litery.
*
Krzyki z których mało co dało się zrozumieć, zapanowały na krótką chwilę, by umilknąć równie szybko jak się pojawiły. - przecinek po „krzyki” i po „szybko”.
*
- Spadaj frajerze, – kobieta tylko przekręciła się na drugi bok i chciała spać dalej - po „frajerze” kropka nie przecinek, a „kobieta” z dużej litery.
Literówki:
O la boga. Mówiąc kolokwialnie, załamka. Od zwykłych ominiętych, czy podmienionych pojedynczych literek, poprzez zjedzone znaki diakrytyczne, aż po wyrazy w stylu „Siena” – w wolnym tłumaczeniu „się na”. Po prostu jedna wielka literówa.
*
Bez wglądy zostawiłyśmy tylko bieliznę - nie wiem właściwie co tu powinno być.
*
Daniel złapał sięga bolącą głowę - się za.
Błędy ortograficzne:
Oj, gdybym był złośliwy i chciało mi się w ogóle to pisać, podałbym wszystkie przykłady z tekstu wraz z szyderczym opisem. Ale nie chce mi się, poza tym głupio zamieszczać połowę opowiadania w cytacie. Kilka przykładów poniżej, zaznaczam jednak, że nie są to odosobnione przypadki, ale nagminne błędy.
*
[…]traktuje mnie jak malutką zabaweczkę, którą można przenosić z konta w kont - z kąta w kąt.
*
Durze oczy, szeroko otwarte by ogarnąć ogrom świata. - duże. DUŻE.
*
- Choć siostra, wracamy do domu? - chodź.
*
Posiadać najpiękniejszych zielonych oczu zamknął je i wygodnie się położył. - posiadacz. Nie sądziłem nawet, że można takiego „orta” robić, ale błąd pojawił się kilkakrotnie.
*
- Kiedyś cię wyleczę z każdego lenku. - lęku.
*
Nie mam pojęcia co robi, nie widzę jej z tond. - stąd.
Błędy logiczne i merytoryczne
Ten punkt muszę niestety pominąć, bo naprawdę musiałbym zacytować całe opowiadanie i podważyć sens jego istnienia. Od drobnych nieścisłości w „fabule” (ocenianie fryzury kogoś w chuście na głowie, pękająca puszka z farbą po posadzeniu na niej tyłka), poprzez średnie dziwaczności (osiemnastoletnia dziewczyna strzelająca z trzymanego w rękach karabinu M60 z amunicją na taśmie, ważącego jakieś 15kg – istny Rambo; czy też niszczenie kamer telewizji przemysłowej z pistoletu stojąc na wprost nich), aż po totalne debilizmy, które podważają sens pisania tego wszystkiego (uwaga, sarkazm zamierzony: o ktoś zabił moich rodziców, czy to czerwona farba na podłodze, może pójdę w takim razie pobiegać w piżamce w tą piękną zimową noc, a może znajdzie mnie jakiś miły pan i zabierze do siebie, a tam zostanę członkiem mafii; albo też: chodźmy popływać w Warcie, w listopadzie jest taka przyjemna woda; no i jeszcze: moja dziewczyna zmarła mi dzisiaj na rękach od postrzału w płuco, po kilku godzinach męczarni, dusząc się własną krwią, ale po co miałem ją zawieźć do szpitala, jeszcze by się o coś pytali, a ja przecież na drugi dzień już o wszystkim zapomnę i pójdę z kumplami na pizze i zarywać laski).
Wulgaryzmy, idiotyzmy, "słowotwórstwo"
Słowotwórstwo jest, ale umiarkowane, więc nie będę się rozwodził. Wulgaryzmy są na porządku dziennym, zapisywane oczywiście z ostentacyjną gwiazdką w środku. No, ale co by to była za mafia, która nie rzuci „ku*wa”, czy „chu*j – ten drugi ocenzurowany zapis szczególnie przypadł mi do gustu – od czasu do czasu.
W kwestii idiotyzmów nie zaczynam nawet pisać. Szkoda życia.
Podsumowanie
Nie wiem jak to podsumować. Jestem zdegustowany. Nie będę nawet pisał, że opowiadanie ma jakiś potencjał, bo go nie ma. Przynajmniej nie w aktualnej formie. Jeżeli autorka ma jakiś zamysł jego dalszego prowadzenia, życzę szczęścia i wena. Polecam jednak dużo czytać, kupić słownik, włączyć korektę w Wordzie, dać komuś do przeczytania przed publikacją, a przede wszystkim myśleć, gdy się coś pisze. Niestety znaczna część opowiadania zdradza brak jakiegokolwiek przemyślenia opisywanych wydarzeń i łączących ich zależności. W ostatecznym rozrachunku wychodzi opowiadanie o niczym, bez ładu, składające się z porwanych, często bezsensownych fragmentów, a na dodatek przesycone błędami językowymi. Z prawdziwa przykrością, że muszę to ponownie zrobić, ale mogę jedynie krzyknąć
Pomocy.
[Powrót] Komentuj
Chiyo >> 01.11.09 o 18:54 >> brak www
O mój Boże! Mam nadzieję, że ten tekst nigdy nie trafi w moje ręce, bo jak do tego wszystkiego autorka dorzuci mi jeszcze skrzywiony obraz Poznania, to gdzieś poleje się krew. I na pewnie nie będzie moja...
A ocena świetna - podobała mi się. :) Muszę tu częściej zaglądać i czytać, bo ja lubię takie oceny, które się czyta i dla porad (bo a nuż się coś wyłapie dla siebie), i dla samej przyjemności poczytania. :)
Pozdrawiam serdecznie
---
Mała Ygrek >> 26.10.09 o 15:04 >> brak www
Umieściłam w Księdze prośbę o zmianę oceniającego. Przepraszam za zamieszanie.
M.
---
Neyy >> 24.10.09 o 22:08 >> brak www
Witaj!
(Z góry informuję, iż to spam)
Jeżeli chcesz aby do Twojego bloga przybyło zgłoszeń, stał się lepszy, brał udział w ogólnym rankingu blogów z ocenami - zapisz się na www.oceny-blogow.toplista.pl! Sprawdź, jakie blogi z ocenami są najlepsze. Być może to będzie Twój!
---
Mirveka >> 21.10.09 o 13:08 >> brak www
Oh Huma, współczuję ci.
Gratuluje jednocześnie odwagi. Tak samo jak Traq ciesze się, że poczochrane nieco się ruszyły.
---
Huma >> 20.10.09 o 13:27 >> brak www
Ja cały czas czekam, aż sie reszta poczochranych obudzi, bo coś się obijają ostatnio.
---
Traq >> 20.10.09 o 13:18 >> brak www
Oj, współczuję (miałam podobne odczucia przy "Czarnej Perle"). Zastanawia mnie tylko długość tego opowiadania. W sumie jeśli ktoś znajduje czas i ochotę, by pisać, to znaczy, że nie jest to słomiany zapał, a to akurat dobra rzecz. Zwykle jednak na przestrzeni czasu dokonują się jakieś zmiany w zamyśle i w samym tekście, zazwyczaj na lepsze. Ciekawa więc jestem, jak autorka obroni swoją koncepcję, bo skoro się jej trzyma, to chyba oznacza, że uważa ją za dobrą.
A w ogóle to dzięki, Huma, za dawanie znaku życia w imieniu Poczochranych ;)
---