Ocena nr 226 - Niezgłębiona Traq ocenia "Cost of living" >> 28.12.08 o 20:44
Cost of living
Pierwsze wrażenie:
Dawno było, ale musiało być pozytywne, skoro nie przypominam sobie żadnego walenia głową w biurko. Patrzę sobie teraz po raz kolejny i nadal nic mnie specjalnie nie odstrasza. Fakt, że opowiadanie będzie o życiu Marleny McKinnon, nastawia mnie pozytywnie i to natychmiast. To w końcu bohaterka, o której nawet na HPlexicon są tylko dwa zdania. Czyli pole do popisu spore.
Wygląd:
Szablon spod znaku „fiu bździu”, ale całkiem ładny, choć mi niezbyt pasuje do klimatu opowiadania. Utrzymane w szarościach zdjęcia Keiry K., Brody’ego i jakiejś modelki nie wydają się być najodpowiedniejszym tłem dla opowieści o życiu roztargnionej Marleny. Ale to tak na marginesie. Poza tym jest estetycznie i przyjemnie, chociaż przez tą uciętą Keirę ciągle próbuję przewijać stronę w lewo. Cytat dobrany całkiem dobrze, czcionki fajnie skomponowane, nie będę się nawet czepiać braku polskich znaków, ale spacje przed przecinkami wołają o pomstę do nieba. Za to zawijasy między notkami piękne.
Dział „o mnie” zaskakujący, ponieważ opisujesz trzy siostry McKinnon, z których dwie pojawiły się dopiero pod koniec ostatniej części, a ja tu widzę tylu ważniejszych bohaterów… W dodatku nie wszystkich znamy z kanonu i można by coś o nich napisać, skoro już taki dział powstał. Ale cóż, Twój wybór.
Lubisz dzieje krucjat? Witaj w klubie.
I tylko jedno pytanie: czemu nazwy narodowości (Szkotka, Anglik) piszesz z małej litery?
Fabuła:
Zaczyna się ciekawie, bo od opisu niejakiej pani Appledore. Jest to wścibska sąsiadka naszej bohaterki, Marleny McKinnon, i to dzięki jej obserwacjom dowiadujemy się, że dziewczę jest odrobinkę niezwykłe. Charakterystyka Hellene zresztą bardzo dobra i od razu nastawiająca człowieka pozytywnie do dalszej lektury.
A potem poznajemy życie Marleny, opisywane już z jej punktu widzenia, a więc pracę w „Proroku Codziennym” i pomaganie matce w „Esach Floresach”, a także jej zainteresowania. Bardzo szybko pojawiają się poważniejsze tematy, a mianowicie wojna z Voldemortem i wybór „obozu”. Najpierw do przejścia na ciemną stronę mocy namawia Marl jej kuzyn, Evan Rosier, na co ona jednak się nie zgadza, a potem do Zakonu Feniksa werbuje pannę McKinnon (skutecznie) Syriusz Black. Mamy następnie całkiem wesołe i klimatyczne zebranie aurorów i innych czarodziejów walczących z Czarnym Panem oraz powrót pod rodzinną strzechę na Boże Narodzenie, gdzie historia na razie się urywa.
A szkoda, bo czyta się ją naprawdę przyjemnie. Ja tu dostrzegam wyraźny główny wątek, który jest cały czas rozwijany, ale raczysz także czytelnika mnóstwem informacji dodatkowych i pobocznych. Mamy więc trochę o pracy Marleny, jej mieszkaniu, zainteresowaniach, a także o rodzinie; oprócz tego pojawiają się też krótkie wspomnienia z czasów Hogwartu. Wyprawa na Doughty Mews jest cudnie opisana, a uwielbienie Marleny dla książek Dickensa i muzyki Pink Floydów ładnie wplecione w akcję. Rozmowy z Blackiem są naprawdę udane, dialog z Andromedą także niczego sobie. Pojawiły się tak ulubione przez mnie perełki, jak chociażby „chamstwo sprzętów domowych” w ostatniej części. Także wizja Blacka przeglądającego ulotki kredytów mieszkaniowych przypadła mi do gustu.
Co tu dużo mówić, podobało mi się i bardzo ciekawa jestem dalszego rozwoju tej historii. Niby wiemy, jak skończyła Marlena, ale do jej śmierci jeszcze wiele może się wydarzyć.
Postaci:
Po pierwsze i najważniejsze:
Marlena McKinnon. Osóbka bardzo sympatyczna, tak po ludzku roztargniona, borykająca się z problemami życia codziennego. Przekonuje mnie do siebie w całej rozciągłości, wyeksponowanie jej zainteresowań też sprawia, że cieplej o niej myślę. Zaangażowanie w walkę z Voldemortem przedstawiłaś również dość realistycznie, więc wszystko jest cacy, jak mawiają.
Neil Lovegood to również miłe stworzenie, do tego dowcipne i „poprawiające humor”. Nie jest jednak mdły czy ciepło-kluchowaty, co się chwali.
Za to
Evan Rosier mnie do siebie niespecjalnie przekonał. Jakiś taki niezbyt śmierciożercowaty (choć może to dlatego, że dopiero zaczyna), za bardzo gawędziarski, no i nie mówi o Voldemorcie Czarny Pan. Przyznaję, że przez te parę lat mogło się to środowisko pozmieniać znacząco i że w opisywanym okresie Evan mógł być jeszcze taki, ale i tak nie widzę w nim śmierciożercy, choćby dopiero przyszłego.
Syriusz Black w czarnej skórze, palący nonszalancko papierosa. Nic dodać, nic ująć. A tekstu o ironii, która ma być podobno cechą mężczyzn, to mu nie daruję.
Dumbledore jest cudownie kanoniczny, ze swoimi wywodami o rzeczach banalnych i przez to genialnych w swej prostocie.
Co do rodziny Marleny, na razie nie ma się co rozpisywać, choć już charaktery matki i sióstr zostały zasygnalizowane. Poczekamy na rozwój akcji. Dodam tylko, że
Dorcas Meadowes wyszła Ci świetnie w tej jednej scenie, w której się na razie pojawiła.
Mamy więc plan pierwszy, drugi, tło, wszystko kolorowe i budzące uczucia. I tylko ten Evan troszkę odstaje.
Świat przedstawiony:
Londyn, proszę państwa, a także szkocka wioska. Lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia. Mieszkanie Marleny, kwatera Zakonu i wiele innych. Się czepiać nie będę.
Zgodność z kanonem:
*
Z przodu, przed Rufusem Screamgourem - Scrimgeourem.
Sposób prowadzenia narracji:
Trzecioosobowy, z różnych punktów widzenia (czasem zresztą niepotrzebnie, bo czterowersowy fragment o oczekiwaniu matki Marleny na jej przybycie był dla mnie zbędny).
Styl:
Jest całkiem nieźle, masz bogate słownictwo i umiejętnie je wykorzystujesz. Lubujesz się w zdaniach wielokrotnie złożonych, ale na szczęście gubiłam się tylko w nielicznych przypadkach. Znalazłam też małe przeoczenie:
*
Pomimo wielu poranków i wieczorów spędzonych przed nienagannie czystą szybą kuchennego okna oraz zimną filiżanką kawy w kościstej dłoni nie dowiedziała się niczego nowego, choć zaczęła dostrzegać pewne... anomalie, lub dziwactwa, jak zwykła na nie mówić - Hellene siedziała przed szybą i Z filiżanką w dłoni, prawda? No i bez przecinka przed „lub”.
Jednak nie do końca zgadzam się z Twoją koncepcją wtrąceń:
*
Odruchowo złapała za, leżącą pod stertą notatek i kolorowych papierków, różdżkę - moim zdaniem wtrącenie nie jest tu konieczne, więc jak się wyeliminuje przecinki, to będzie płynniej.
*
Chłodny, wilgotny powiew wdarł się przez uchylone okno „Esów i Floresów”, niosąc ze sobą gwar, zatłoczonej jak zwykle, Pokątnej - jak wyżej, obędzie się bez wtrącenia, a tym samym bez przecinków.
*
W panice wcisnęła zaskoczonemu sprzedawcy zapłatę za ściskane rupiecie, jak się później okazało o dwa galeony za dużo i wybiegła na zatłoczoną ulicę - a tu z kolei wtrącenie jest jak najbardziej na miejscu, w związku z czym należałoby postawić przecinek po „za dużo”.
*
dostrzegła zakapturzoną, bez wątpienia, męską postać zmierzającą ku drzwiom sąsiadów z naprzeciwka - takie wydzielone „bez wątpienia” wygląda dziwnie; ja bym przecinek postawiła po „męską”, jeśli już ma być wtrącenie.
*
wyjął, przypominający dyrygencką batutę, podłużny przedmiot - ja bym się obyła bez niezbyt dobrze brzmiącego wtrącenia i napisała tak: „wyjął podłużny, przypominający dyrygencką batutę przedmiot”.
Opisy są porządne, jasne i łatwe do wyobrażenia, a także oddające w jakimś stopniu nastrój. Nie ciągną się stronami, ale ich ilość mnie osobiście satysfakcjonuje.
Dialogi mają tę zaletę, że wprowadzają coś do akcji, a do tego niektóre są naprawdę udane. Zdarzały się jednak potknięcia w zapisie:
*
- Radziłbym na to trochę bardziej uważać. – odezwał się niespodziewanie - bez kropki po „uważać”, skoro masz po myślniku określenie sposobu mówienia, a nie opis jakiejś innej czynności.
*
- To chyba za dużo powiedziane. – prychnęła cicho w wełniany golf - jak wyżej.
*
Lena – zwróciła się do najmłodszej córki – Ziemniaki i miotła czekają - wtrącenie narratora jest w środku wypowiedzi bohatera, więc dużej litery nie chcemy, toteż „ziemniaki”.
Dodam też, że z takim sposobem zapisywania myśli bohatera, jaki występuje u Ciebie, jeszcze się nie spotkałam. Piszesz mianowicie:
„Dziurawy Kocioł chyba nigdy nie opustoszeje” - pomyślała. Ja do tej pory widziałam najczęściej takie wersje:
1) Dziurawy Kocioł chyba nigdy nie opustoszeje, pomyślała.
2) Dziurawy Kocioł chyba nigdy nie opustoszeje - pomyślała.
Więcej na ten temat na przykład TU, aczkolwiek to też amatorskie dosyć opracowanie, ale przynajmniej jasno wytłumaczone.
Teraz parę innych kwestii:
*
Marzyła o zatopieniu się pod ciepły, wełniany koc - przyznam szczerze, że „zatapianie się pod koc” jakoś do mnie nie przemawia. Jestem zdecydowaną zwolenniczką „zatapiania się w czymś”, co w tym przypadku też będzie dziwnie brzmieć, ale… ja bym się z tym lepiej czuła. Takie moje osobiste odczucie, z którym można oczywiście polemizować.
*
Stłumiła cisnące się na jej usta złowrogie syknięcie. W zamian dyskretnym ruchem sięgnęła po wystającą z kieszeni różdżkę - w pierwszym zdaniu napisałabym „cisnące się jej na usta” albo w ogóle to „jej” wyrzuciła. Natomiast w drugim zamiast „w zamian” dałabym „za to” czy coś w tym stylu. Moim zdaniem będzie to lepiej brzmiało.
*
Zakryta po uszy pod ciepłą kołdrą i wełnianym kocem - po prostu „zakryta czymś”, a więc „zakryta po uszy ciepłą kołdrą i wełnianym kocem”. Mogłaby być też ewentualnie „zakopana pod kołdrą”.
*
Albus Dumbledore nie należał do osób łatwo akompaniujących się z otoczeniem - może „komponujących się”?
*
Wzdrygnęła się, gdy gwałtowny podmuch mroźnego powietrza zaszczypał w nos i policzki - raczej „uszczypnął”.
Poprawność językowa:
Hm… Jak widać, sama Beta nie wystarczy.
Ortografia
*
Przebrzydłe ptaszyska zdawały się czekać na powrót McKinnon do domu, poczym walnie sfruwały na jej parapet - po czym.
*
McKinnon nie specjalnie wierzyła w zbieg okoliczności - niespecjalnie.
*
Szczerze mówiąc, to od pewnego czasu robi się co raz gorzej - coraz.
*
I uwierz mi, wszystko zdarzy się jeszcze porządnie spieprzyć - zdąży.
Literówki
*
gdy zauważyła, że jedna ze wskazówek już dawno minęła czwartą popołudniu - po południu.
*
Z daleko dochodziły przytłumione pijackie śmiechy - z daleka.
*
Starają się nie popadać w paranoję, ostatni raz sprawdziła, czy różdżka bez przeszkód wychodzi z kieszeni płaszcza - starając się.
*
Nie miała pewności, z oddali co rusz dochodziły dziwne odgłosy - co i rusz.
*
Amelia zawsze starła trzymać się na uboczu - starała się.
*
Dzień w dzień z zasnutego szaro-burymi chmurami nieba - szaroburymi.
*
ześlizgnął się aż do lezących na stole ciężkich, przypominających wojskowe, butów - leżących.
*
Jednak po zobaczeniu własnego odbicia w lustrze przestała się już dziwić się czemukolwiek - o jedno „się” za dużo.
*
Ostatniej nocy, W większości zamieszkiwana przez mugoli, chociaż znalazłoby się i kilkoro charłaków - kropka zamiast przecinka po „nocy”.
*
- Co? – spytała na pół przytomnie, wciąż bezmyślnie mieszają stygnącą herbatę - mieszając.
*
po czym pożegnawszy się krótko, deportował się tuz za progiem - tuż.
*
- Jeśli powiem, że nie, wnioskując z twojej miny, powiesz coś niewątpliwie dorównujące jej złośliwością - dorównującego.
*
chociaż sama znasz Londyn w najlepszych wypadku w jego tysięcznej części - najlepszym.
*
Syriusz wie o niej więcej nić teoretycznie powinien - niż.
*
zdziwiona do granic możliwości Marlen otwarła usta w celu uzyskania wyjaśnień - Marlena.
*
- Z najlepszym miodem pitnym w Londynie. Przynajmniej mojej skromnej opinii - w mojej.
*
Spojrzała wyczekująco na Blacka, ten zaś bezceremonialnie pchnął ja w kierunku wejścia - ją.
*
Starając się przebrać w miarę neutralny wyraz twarzy, spojrzała ku przeciwległemu końcowi zatłoczonego pomieszczenia - przybrać.
*
Tamtejszego kościoła rozlegał się donośny dźwięk dzwonów wzywających na ostatnie w tygodniu vesper - z tamtejszego.
Interpunkcja
*
Październik, tak to był październik, kiedy wprowadziła się do kamienicy - przecinek po „tak”.
*
Wichury podobnej do tej, szalejącej nad Londynem w ostatnich dniach października 1978 roku nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy stolicy - bez przecinka.
*
Dodatkową sensację wzbudzały niezliczone chmary sów, również tych wyjątkowo rzadkich, przelatujących od pewnego czasu nad ruchliwymi, londyńskimi ulicami - bez przecinka po „ruchliwymi”.
*
W chwili, gdy zaciągała kuchenną zasłonę jej uszu doszedł dość wyraźny szczęk zamka - przecinek po „zasłonę”.
*
Próbując nie zwrócić niczyjej uwagi, jeszcze raz, dyskretnie odsłoniła rąbek kwiecistej kotarki - bez przecinka po „jeszcze raz”.
*
Nie zauważyła dwóch kolejnych, zakapturzonych postaci pojawiających się wprost na, pożółkłym od pierwszych przymrozków, trawniku sąsiadów - ja bym
z tego zdania wywaliła wszystkie przecinki.
*
złoży kondolencje jedynej, obecnej, przedstawicielce rodziny Bonesów - niepotrzebnie wydzielone to „obecnej”.
*
To, że ci, którzy powinni żyć gryzą ziemię - przecinek po „żyć”.
*
Co więcej w pracy nastąpił pewien przełom, który według dziewczyny mógł być zapowiedzią jako takiego polepszenia dotychczasowej sytuacji i dowartościowania jej dziennikarskich wysiłków - przecinek po „co więcej”.
*
- Siadaj i, z łaski swojej, schowaj ten patyk zanim wybijesz komuś oko - przecinek przed „zanim”.
*
Nie czekając na dalszy rozwój sytuacji, uniknąwszy lecącego w jego kierunku, czerwonego promienia - bez przecinka przed „czerwonego”.
*
Dobrze pamiętała jak połowa damskiej części Hogwartu prawie mdlała na jego widok - przecinek przed „jak”.
*
marząc by zaszczycił je chociaż jednym, przelotnym spojrzeniem - przecinek przed „by”.
*
Syriusz nie wiedział na ile może jej zaufać - przecinek przed „na ile”.
*
Starając się naciągnąć nieco swoją przykrótką koszulę nocną, bez dalszego wahania, otworzyła drzwi - bez przecinka po „wahania”.
*
Neil o mały włos nie zwalił jej z nóg największym bukietem, dość egzotycznie wyglądających hiacyntów, jaki widziała w życiu - bez przecinka przed „dość”.
*
Marlenę nawiedziło wstrząsające wyobrażenie jednej z czarniejszych kart historii magii, za którą bądź, co bądź nigdy nie przepadała - „bądź co bądź”.
*
Marlena sama nie wiedziała czy ręce drżą jej z zimna, podekscytowania lub może paraliżującego poczucia wszechogarniającej niepewności - przecinek przed „czy”.
*
wąski przesmyk między niepozornym pubem o trudnej do odczytania nazwie widniejącej na wyblakłym szyldzie, a pokrytym żenującymi napisami budynkiem - bez przecinka przed „a”.
*
- Zobaczymy co zrobisz kiedy Pink Floydzi przestaną nagrywać - „Zobaczymy, co zrobisz, kiedy…”
*
- Nie moja wina żeś pan instrukcji nie przeczytał… - przecinek przed „żeś”.
*
To dobrze, czy źle? - bez przecinka przed „czy”, bo to nie jest zdanie złożone.
Wulgaryzmy, idiotyzmy, słowotwórstwo::
Nie stwierdzono, ale zastanawiam się, czym innym miałaby być Ye Old Fawkes Inn, jeśli nie knajpą? Samo słowo „inn” na to wskazuje, a ja z tekstu zrozumiałam, że Marlenę to dziwuje bardzo.
Podsumowanie:
Do fabuły zastrzeżeń nie mam i nie wątpię w to, że utrzymasz w dalszym ciągu taki poziom (o ile go, oczywiście, nie podwyższysz). Przedstawianie bohaterów również nieźle Ci wychodzi, a jeśli chodzi o Evana, to może masz po prostu inną koncepcję tego bohatera i jeśli „obronisz” ją w kolejnych częściach, obiecuję zamknąć jadaczkę. Teraz wypada więc kontynuować opowiadanie, by ćwiczyć warsztat i to jest chyba moja jedyna rada. Daję
całkiem, całkiem z plusem.
[Powrót] Komentuj