Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby nieruchomości na mapie
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Cognosce te ipsum - oceny opowiadań
1. Oceniamy tylko blogi z opowiadaniem. Niezależnie od tematyki i serwisu.
2. Zgłoszenia przyjmujemy w "Zapisach".
3. Musisz dodać nas do linków (lub ulubionych). Ewentualnie wkleić buton.
4. Blog musi posiadać przynajmniej 5 notek (Z OPOWIADANIEM!).
5. Nie oceniamy blogów nieaktualizowanych od 6 miesięcy.
6. Do ponownej oceny można zgłosić się po upływie sześciu tygodni.
7. Nie lubimy popędzania.
8. Uważamy, że autor/autorka opowiadania powinien/powinna skomentować naszą analizę.
9. Pożądana jest konstruktywna (!) krytyka naszych ocen. Także od osób nie będących autorami danych opowiadań.
10. Prosimy o wybranie oceniającego.
11. Zastrzegamy sobie prawo do zmiany regulaminu (lecz co tu zmieniać?).



Jak oceniamy?

1. Pierwsze wrażenie
2. Wygląd
3. Fabuła
4. Postaci
5. Świat przedstawiony
6. Zgodność z kanonem (w przypadku ff-ów)
7. Sposób prowadzenia narracji
8. Styl
9. Poprawność językowa
10. Wulgaryzmy, idiotyzmy, "słowotwórstwo"
11. Podsumowanie





KOLEJKA:

RIUKA:
Chameleon
X-Men Evolution
Hogwart eksperymentalny
Pradawni
Consercius
KOLEJKA ZAMKNIĘTA

KOT:
Kryptonim Krokodyl
Tropem zbrodni
Identity
Nawia
Małpie figle
Remus Lupin yaoi
Turn the page |2|
Snares
Asherah
Czarne karty
Szkoła Wyprzedzania
Zmierzch Bogów
Ekspresem do Hogwartu
Paula opowiadanie love th
Opowieści po drugiej stronie szuflady
Connie Rohan
Katarina
To tylko Pati
KOLEJKA ZAMKNIĘTA

MEADA:
Remus Severus
KOLEJKA ZAMKNIĘTA


TRAQ:
Ninja feelings
Du
Slayers Teoria Chaosu
Zakamarki wyobraźni
Ruciński
Le chant du coeur
Oddział Specjalny
Akkarin Sonea
Annie
Heavenly Legend
Adolescencja
Another now mermaids
In umbra
Oroczi


HUMB:
Oog
I am dying of love
Kroniki Aínäl
Film życia
Dark Ayume
Mała rzodkiewka
Panienka Potter
Życie Lily Evans


ANNISELLE:
36
Siman
Pieśni wiatru
Wiecznoczas
Maigre-rai
Nadiowe
Roji


385558

avatar

Dodaj do ulubionych



OCENIAJĄCY



ZAPISY:

Zapisz się
Zobacz



OCENIONE:

WYBITNE:
Wspomnienia Remusa (2)
Żona dla Śmierciojada (106)
Cinema paradiso (107)
Industrial Diseases (110)
Nowe Dzieje (203)
Opowieści z Anterii - Isilianos (227)


DO IDEAŁU JEDEN KROK:
Devise la Pucelle (4)
Zmierzch (94)
Dianilia (95)
Poświęcenie (108)
Siedem Lat na Monachium (114)
Ameron (117)
Sinis (127)
Taste of Blood (140)
Królestwo Trójcy (214)
Minstrella (250)
McGonagall (253)
Imię Krew Przysięga (258)
Znikające gwiazdy |2| (267)
Dies Ater (272)


BARDZO DOBRE:
Cat in the shadow (14)
Ostrze Miłości (17)
Rozmowa z aniołem (35)
Dodzia pisze (36)
Sounds of Silence (40)
Opowiadania Tinuviell (55)
Morze czarnej krwi (58)
Kraina nieznana (62)
Mojaa twórczość (71)
Caitria Stairoth (78)
Broken Glass (93)
Odmienne Światy Świadomości (118)
Dyskretny Urok Smoków (137)
Zabójcy Aniołów
(155) (234)
Portret Szyszki (158)
Kasai (160)
Are you afraid (170)
Znikające gwiazdy (192)
Traumbild (205)
Widzący (209)
Huśtawka na końcu świata (228) (270)
Dotyk Anioła (230)


CAŁKIEM, CAŁKIEM:
Pani Otchłani (16) (113)
Anna Abuckle (23)
W innym świecie (28)
Mystic Saga (31)
Scaeva (39)
Jennifer Eagle (50)
Plectrude story (59)
Defix Medalion Zagłady (68)
Weird story (70)
Dancing with death (87)
Ciepłe i puchate (119)
Schafer (120)
Wyspa Łabędzia (122)
Lina Naito (151)
180 Stopni (154)
Out of Ordinary |2| (157)
Droga (171)
The Fear (172)
Stracony Czas (187)
Shadowblade (188)
Znak (189)
Sny Lilith (194)
Pamiętnik z Zakazanego Lasu (202)
Mała diablica (204)
Szepty i krzyki (213)
Duath Minen (217)
Turn the page (221)
Stories by Zireael (222)
Tokio Hotel. Wakacyjna Przygoda (224)
Cost of living (226)
Dotrzeć do kresu Chaosu |2| (231)
Zwierciadło Czarnoksiężnika (232)
Znana historia panny Evans (233)
Per aspera ad astra (235)
Gretta G. (241)
Zapomniane dusze (251)
Szukając duszy (257)
Severus alternatywny (260)


ŚREDNIE:
Anarelle (15)
Aurora Black (19)
Zapomniane drzwi (20)
The Fantasy Chronicles (32)
Zakazane dno (56)
Juliette Black the elf (65)
Out of Ordinary (67)
Zakład TH (75)
Wampir Sonia (79)
Cherise Vivien (80)
Podwójna Perspektywa (98)
Iram (100)
Yennefer (105)
Lost Memories (112)
Odyseja lustrzana (123)
HP od 17 lat (128)
Krucza Wieża (132)
Pierwszy mundial (139)
Słupinkowa Szkocja (147)
Tajemnicze Przebudzenia Misato (161)
Agnesii (163)
Poszukiwanie Medalionów (180)
Anne Riddle (183)
Lily James Love (185)
Kitty Potter (193)
Gniew woźnego (197)
Dotrzeć do kresu Chaosu (199)
Pestka miłości (208)
Motyl (210)
Przeznaczenie (229)
Requiem dla morza (239)
Gavrille (242)
Sui Generis Umbra (244)
Ekscentryk (247)
Książę (248)
Złotawa rybka (259)
1915 (263)
Taka historia (269)
Zbiorowa Aberracja Jaźni (274)
Chikachev (275)


TAKIE SOBIE:
R-i-p (9)
Alkohol, prochy i ja (11)
Avara (33)
Pisze sercem (44)
Klolicek (49)
Dyta 157 (54)
Laura Grocer (72)
Viola Lourdaud (73)
van Kensinghton (84)
Ren life (89)
Mina's life (90)
Wyjątkowy Dar (91)
Eresse (101)
Oblicze Przyjaźni (115)
Uwierzyć w Siebie (121)
Zbrodnia i kara (126)
Klolicek (149)
Liebe und Qual (152)
Doireann (159)
Dotykiem (165)
Smoczątko (168)
Zakątek dobrej nadziei (173)
History of love (181)
Tokio Hotel opo (182)
Die hoffnung (195)
Jeyka (198)
Aka na sukces (218)
Tożsamość Wroga (220)
So different worlds (225)
Etyka zawodowa (243)
Naznaczony (256)
Kleptomanka nadziei (261)
Blue Origins (264)
Niezapominajka Lily |2| (265)
Na własnych skrzydłach (268)
Thirst (273)


KIEPSKIE:
Falconwomen (3)
Even in death (5)
Tokio Hotel und ich (6)
Przygody elfki (7)
PJP (18)
Moja historia (21)
To tylko mój świat (26)
TH i Maria - story (37)
Kse-nia (43)
My city - my story (45)
Kaligaris (46)
Opowieści z Hogwartu (47)
Paulineczka33 (66)
Syriusz i Severus (82)
Malaria i jej schizy (86)
Pirackie życie (97)
Being Sarcastic (102)
Lotiel (116)
In the winter (124)
Tajemnice Or Ile (129)
Jak pozbyć się Jamesa Pottera (134)
Looking for father (141)
Statek Marzeń (143)
Blue X-men Evolution (150)
Agent's life (153)
Cognosce te ipsum (162)
The oldest story (164)
Lily's adventures (167)
Quo vadis baby (178)
Pirackie opowieści Pauliny (186)
Huncwotki w Hogwarcie |2| (200)
Hogwarckie love story (201)
Tatia Story (206)
Rude Uczucia (211)
Granice Postrzegalności (212)
Potter in Hogwart (216)
Wróciłam (219)
Opowiadania Mroophki (223)
Moret (236)
The cruel circus (237)
Dreams of my love (245)
Misiam (246)
Bitte (249)
Taisetu na Hito (252)
Tańcząca w deszczu (254)
Zasmarkany Werter (266)
Panna Marple (276)


DLA ODWAŻNYCH:
To już czas (10)
Diary by Hermiona Granger (27)
Harry i Hermiona (29)
Rebel girls (51)
Gryphon rider (60)
Jetzt Rette Mich (74)
Snape world (76)
Punky TH (85)
The Pink Panther (88)
Kaktus (96)
Córka Anioła (99)
Opowiadania Eileen (111)
Francuski pocałunek (142)
Evans Snape Potter (148)
Dead Me (175)
The system after tomorrow (176)
Niezapominajka Lily (177)
Wojna Płci (179)
Hermiona and Draco (184)
Czarna Perła (255)
Fifth Element (271)


TROLL:
Hermione and Draconik (1)
Opo (22)
Tokio Hotel Story - Heart (24)
Emily Smart (34)
Cała ja diary (41)
Cruel world (53)
Niezależne Story (61)
Chinese history (63)
Victoria Snape (69)
Anastory (77)
Niezależny Pamietnik z Hogwartu (81)
Niesłodka idiotka (104)
Unfailing (135)
Saraswathi (144)
Stich im gluck (156)
Manish (166)
Galactik football opo (174)
My Magic Friends (190)
Our story (191)


POMOCY!:
Fasola (30)
Kwiaty we włosach (42)
TH 4 ever Ash (48)
Story Bill Kaulitz (52)
Inna piratka (57)
Bajki JAMP (64)
Nicola (83)
Cass (92)
Idealny Błąd (103)
Bądź Mym Marzeniem (109)
Ironia (125)
Zza ścian (130)
Tom Kaulitz Story (131)
Tom Bill Kaulitz for Ever (133)
Pamiętniczek Lily E. (136)
Wakacje Tokio Hotel (138)
Huncwotki w Hogwarcie (145)
Draco Hermiona Love (146)
We are good guys (169)
Elfi świat (196)
Sims życie (207)
Zakochana złośnica (215)
Kuż (238)
Opka o Cindy (240)
Dziecko mafii (262)




ARCHIWUM:

Od lutego 2006 do grudnia 2008 działaliśmy na mylogu.

2008
grudzień
(archiwum ocen z myloga)

2009
styczeń
luty
marzec
kwiecień
maj
czerwiec
lipiec
sierpień
wrzesień
październik
listopad
grudzień

2010
styczeń
luty
marzec
kwiecień
maj
czerwiec
lipiec
sierpień
wrzesień




POLECAMY:

In My Opinion
Forum dla oceniających
Spis ocenialni
"Zło konieczne"


---

Imię, krew, przysięga - opowiadanie Mirveki







Lay




POSZUKIWANY, POSZUKIWANA!
Ogłaszamy nabór do grona Poczochranych Oceniających. Wymagane oczytanie, zaangażowanie, dobra znajomość zasad pisowni języka polskiego i mocne nerwy.
Wszyscy chętni proszeni są o wysłanie maila ze zgłoszeniem na adres: prawie.dobra[at]gmail.com. Otrzymają wtedy adres bloga do próbnej oceny.

---

Riuki Przenikliwej obwieszczenie >> 10.05.11 o 15:14

Blog od dłuższego czasu jest właściwie martwy, sam nie kwalifikowałby się do oceny, ale myślę sobie, że szkoda byłoby go tak zostawić. Niestety sesja tuż tuż, więc w najbliższych tygodniach nic się ode mnie nie pojawi, ale spróbuję podejść do oceniania w czasie wakacji.
Na razie te blogi z kolejki wykreślam:
Siła tradycji
Crooked thought
Rysunki martwych dusz
Moonika - jednej notki oceniać nie będę.
Skikanton skrzynia
Fame Maya
A za resztę postaram się zabrać. Może w innej kolejności, w zależności od tego, jak dopisze czas.

[komentarzy 13] Komentuj




Ocena nr 276 - Niezgłębiona Traq ocenia "Pannę Marple" >> 21.11.10 o 17:05

Wyjątkowo dokonałam przeskoku w kolejce, wybaczcie.

Panna Marple: Nikogo nie obchodzą niewinni

Pierwsze wrażenie:
Panna Marple, ciekawy tytuł, fajny szablon… Jestem bardzo ciekawa, co z tego wyjdzie, bo wydaje mi się, że nie jest łatwo napisać dobry kryminał. Niepokoi mnie tylko objętość tekstu – czy uda Ci się na 27 stronach przedstawić całą intrygę tak, żeby potencjalny czytelnik (w tym wypadku ja) nie był zawiedziony?

Wygląd:
Szablon jest dość mroczny: na obrazku widnieje nawiedzony dom z księżycem w pełni w tle i latającymi wokół krukami, ale panna Marple stoi na straży po lewej stronie i człowiek od razu czuje się bezpieczniej. To nawet ładnie pasuje do panującego wśród bohaterów przekonania, że „nie bój nic, panna Marple rozwiążę tę zagadkę”. Tekst jest czytelny, tylko wyjeżdża trochę za prawą ramkę (w Mozilli).

Fabuła:
Ojej, ojej, ojej. Tak jak się obawiałam, opowiadanie było zdecydowanie za krótkie i, moim zdaniem, nie do końca dobrze rozplanowane. Za chwilę postaram się to wyjaśnić.
Zacznijmy może od „typu” zbrodni, jaki wybrałaś na temat swojej historii. Pierwsze morderstwo ma miejsce w takcie przyjęcia i krąg podejrzanych zamyka się na uczestniczących w nim osobach. W tym momencie, co łatwo zauważyć chociażby u Agathy Christie, narrator skupia się na w miarę dokładnym zarysowaniu tych postaci. Zwykle jest im poświęcona przynajmniej jedna dłuższa scena, w której czytelnik (a także osoba prowadząca śledztwo) jest się w stanie im przyjrzeć, lepiej ich poznać, ocenić zachowanie i motywy postępowania. U Ciebie tego brak. Policjanci przesłuchują po kolei gości, ale zadają im zwykle jedno, dwa pytania i wychodzą. Pozwalasz swoim bohaterom opowiedzieć ich wersję wydarzeń i to wszystko. Niektórzy dostali jeszcze szansę, żeby powiedzieć coś o swoich uczuciach względem innych, ale są to tylko krótkie fragmenty, zaledwie przebłyski. Nie jestem nawet w stanie stwierdzić, kto mógł to zrobić, bo niewiele o tych bohaterach wiem. W tym momencie rozwiązanie mnie nie wzrusza ani nie szokuje, przez co opowiadaniu brakuje też punktu kulminacyjnego. Nie podoba mi się również zepchnięcie na drugi plan mordercy. Najpierw wszystko na niego wskazuje, więc go aresztują, ale potem panowie policjanci nie są przekonani o jego winie (nie bardzo rozumiem dlaczego) i w zasadzie dopiero pod koniec dochodzą nagle do wniosku, że to on. To bardziej w stylu opowiadań o Sherlocku Holmesie, który rozwiązywał zagadki za kulisami, a potem opowiadał biednemu Watsonowi, jak do tego doszedł.
Bardzo, ale to bardzo, irytowała mnie nieudolność panów policjantów. Zachowywali się jak detektywi-amatorzy, którzy przeczytali jakiś kiepski poradnik na temat prowadzenia śledztwa. Ich przesłuchania świadków były tak bezsensowne, że mogli je sobie darować od razu na wstępie. O wersję wydarzeń każdego z gości mógł spytać byle jaki policjant; po inspektorze spodziewałabym się pytań drążących temat, zaskakujących itp. I jak można zapomnieć przesłuchać jednego ze świadków (Sir Henry’ego)? Naprawdę, śmiech na sali. W tym momencie panna Marple okazuje się skromnisią, która bez kiwnięcia palcem wszystko rozwiązuje, ale nie chce „przeszkadzać policji w zabawie”. No to rzeczywiście, zgodnie z tytułem „nikogo nie obchodzą niewinni” i panna Marple też nie przejmuje się specjalnie faktem, że dwie osoby nie żyją, a ich morderca jest na wolności (pomagając policji, przyczyniłaby się do jego schwytania i pomszczenia tych dwóch ofiar, więc czemu przygląda się nieudolnemu śledztwu inspektora z dobrotliwym uśmiechem?).
Niezrozumiała jest też dla mnie początkowa scena na przyjęciu, kiedy gospodyni proponuje zabawę w zagadki kryminalne, a potem nagle wszyscy zaczynają się przedstawiać. Po co? Nie mówią wiele więcej od tego, co już wiemy z obserwacji panny Marple, więc naprawdę nie widzę w tym sensu.
Chciałam jeszcze zauważyć, że nie ma również sensu cały wątek „ostatnich słów Joanny”. Świadkowie twierdzili, że mówiła ona coś w stylu „sio” albo „oszołom”. A co mówiła naprawdę? Angielskie słowo „show”. Bardzo mi przykro, ale albo piszesz po polsku, albo po angielsku. Nawet jeśli postacie są Anglikami, to jeśli decydujesz się zapisywać całą historię i ich dialogi po polsku, to musisz się tego trzymać bez wyjątków. Mieszanie w tym zakresie nie ma sensu, bo czytelnik w życiu się nie domyśli, o co chodzi. To tak jakbyś zadała komuś pytanie: o jakim warzywie myślę? Ten ktoś wymieniałby wszystkie warzywa, jakie zna, a i tak by nie trafił. Dlaczego? Bo myślałaś o pomarańczy, mimo że na początku ograniczyłaś możliwości tylko do warzyw.
Moim zdaniem to jest dopiero zarys opowiadania, jego skondensowana treść, która wymaga rozbudowania i obudowania rzeczami związanymi z psychiką bohaterów, a nie tylko przebiegiem śledztwa. Na tym etapie jest niestety nudno i bezbarwnie, bo w kwestii samego schematu kryminału ciężko jest wymyślić coś oryginalnego.

Postaci:
Niestety, wszyscy bohaterowie byli płascy, papierowi i bez wyrazu. Nie wzbudzali emocji, nie byli nawet przekonujący, bo po prostu nie poświęciłaś im zbyt wiele uwagi. Tu aż prosiło się o pogłębioną analizę psychologiczną. Na tym etapie Twoje opowiadanie bardziej przypomina suche akta sprawy ze spisanymi zeznaniami świadków niż porządny kryminał. A przecież nie chodzi tylko o to, CO podejrzani mówią, ale JAK się zachowują, JAKI mają charakter (czy pasuje do nich zabójstwo w afekcie, czy może morderstwo z premedytacją?) itd.
W tej sytuacji stwierdzenie inspektora Kirke’a, że poznajemy narkomankę, zazdrośnicę, histeryczkę i wiele innych charakterów jest bardzo mocno ironiczne, bo wcale ich nie poznajemy. Ty tylko sygnalizujesz istnienie tych cech u danych bohaterów, ale nie rozwijasz tematu.

Świat przedstawiony:
Jest jasno powiedziane, że to St. Mary Mead, a czasy muszą być zapewne zgodne z czasami, w których działała pana Marple u Agathy Christie, ale za wiele na ten temat nie ma. Brakowało mi trochę mocniejszego osadzenia w czasie i przestrzeni.

Zgodność z kanonem:
Nie było tu zbyt wiele miejsca na odstępstwa od kanonu, ale podstawowe rzeczy się zgadzały.

Sposób prowadzenia narracji:
Przeważnie trzecioosobowa, jeden fragment w pierwszej osobie. Zazwyczaj z punktu widzenia inspektora, od czasu do czasu panny Marple. W pierwszym rozdziale miałam wrażenie, że czasem wcina się obiektywny i wszechwiedzący narrator, co mi trochę zgrzytało.

Styl:
Widać, że styl jest jeszcze dość niewprawny, ale to, co najbardziej w nim przeszkadza, to fakt, że wydajesz się nie mieć do końca przemyślanego tego, co piszesz. Chodzi o to, żeby mieć kontrolę nad używanymi słowami i kolejnymi zdaniami, żeby nie powtarzały niepotrzebnie tych samych informacji. Przykład:
* Drobna staruszka z niemałym zaciekawieniem lustrowała dużą salę zatłoczoną przez tłum kolorowych ludzi. Rozejrzała się. – Skoro w pierwszym zdaniu piszesz, że lustrowała salę, to drugie zdanie o rozglądaniu się jest zbędne.
Nie ma też sensu wprowadzać pewnych informacji, jeśli nie masz zamiaru rozwinąć tematu.
* Był to jej stary, dobry przyjaciel, acz miał już swoje lata. Pannie Marple wydało się dziwne, że z taką wręcz energią dyskutuje z nieznanym jej młodzianem w gustownym fraku.
Oglądając tę scenę poczuła się mała i bezradna.
– Co ma piernik do wiatraka? Dla mnie nie jest to oczywiste; wypadałoby tę myśl rozwinąć, a jeśli nie masz nic więcej na ten temat do powiedzenia, to lepiej ostatnie zdanie wyrzucić.
W ogóle odnosiłam wrażenie, że piszesz, nie zawsze dbając o logiczność i spójność tekstu, wrzucając od czasu do czasu jakieś dodatkowe informacje, ale nie rozwijając ich. Nad tym radziłabym popracować. Musisz dokładnie wiedzieć, co i w jaki sposób chcesz czytelnikowi przekazać. Zwłaszcza w kryminale.
Jeszcze kilka błędów stylistycznych:
* Drobna staruszka z niemałym zaciekawieniem lustrowała dużą salę zatłoczoną przez tłum kolorowych ludzi. – „Zatłoczona przez tłum” to po pierwsze masło maślane, a po drugie źle brzmi.
* podczas kiedy wy, policjancie nie byliście wstanie odnaleźć garstki właściwych faktów? – Po pierwsze, czy fakty mogą być niewłaściwe? Po drugie, odnajdywanie faktów nie brzmi najlepiej.
* czym przysłużyła się ta opaska? – Chyba raczej: „do czego posłużyła ta opaska”.

Za to dialogi mi się podobały, bo były naturalne i oddawały sposób mówienia bohaterów. Masz tylko problem z ich zapisem, wiec odsyłam TUTAJ.

Poprawność językowa:
Tekst krótki, więc i błędów za wiele nie było, ale za to pojawiły się przykłady z prawie wszystkich kategorii, więc nie ma się też do końca z czego cieszyć.

Błędy ortograficzne
* A to właśnie jest Panna Marple, którą chciałem panu przedstawić – Po angielsku jest, owszem, Miss Marple, ale po polsku panna będzie pisana małą literą.
* Toma Rilley'a – W tym wypadku bez apostrofu, mimo że na końcu jest samogłoska, ponieważ czyta się to nazwisko „Rilej”. Więcej na ten temat TUTAJ.
* Zaczął przechadzać się w te i we wte. - „wte i wewte”.

Błędy leksykalne
* Ma głowę na karku – wychwalała ją lubieżnie. – Lubieżny to inaczej rozpustny, sprośny i wątpię, czy akurat o ten wyraz Ci tutaj chodziło.
* Ktoś dziwnie się zachowywał, robił coś niepowołanego? – Niepowołany to „nieupoważniony do czegoś” i do tego zdania nie bardzo pasuje.

Błędy gramatyczne
* jednak pochlebiało jej, że mimo wieku, nie uważano ją za osobę wątłą i wyczerpaną. – „nie uważano jej”.
* zachwycała się Lillia Shorton przyglądając się dekoracją. – Celownik liczby mnogiej to w tym przypadku „dekoracjom”.

Błędy frazeologiczne
* więc wziął od pokojówki płaszcz, podziękował Rilley'owi pół kłębkiem i prędko wyszedł. – „półgębkiem”.
* - Uważa mnie pan za pierwszorzędną podejrzaną? – Ta pierwszorzędna tutaj źle brzmi, może po prostu „główną podejrzaną”?

Błędy interpunkcyjne
Przede wszystkim brakuje czasem przecinków w zdaniach złożonych, a do tego niepotrzebnie stawiasz spację przed średnikiem i dwukropkiem.

Znalazło się też kilka literówek i przeoczeń (powtórzone wyrazy).

Wulgaryzmy, idiotyzmy, "słowotwórstwo":
Wulgaryzmów nie było, natomiast znalazłam kilka nielogiczności:
* Jego oczy błyszczały imponująco w świetle latarni. – Przyjęcie miało miejsce w domu, więc skąd latarnia?
* U szczytu schodów napotkała kobietę o surowych rysach, która mierzyła ją ostrym spojrzeniem.(…) Doszła do wniosku, że to musi być kucharka państwa Riverton, pani Judith Ziellinsky. Podobno pracuje tu od niedawna. – To może drobiazg, ale co kucharka robiła na piętrze? Po domu mogłaby się swobodnie poruszać pokojówka (jak sama nazwa wskazuje), kucharka raczej nie. Zwłaszcza jeśli pracuje tam od niedawna.
* obie były chłodne i sztuczne, ale za to żywiołowe – W tym zdaniu narrator sam sobie przeczy. Żywiołowy to „kierujący się emocjami” (SJP PWN), więc nie może być zarazem chłodny, prawda?
* W kieliszku Gwen Paneth znajdowała się trucizna. Zupełnie nieszkodliwa, a jednak powodująca zawroty głowy. – Trucizna to według Słownika Języka Polskiego PWN: „1. «substancja, która może zakłócić funkcje życiowe organizmu, a nawet spowodować śmierć», 2. «coś, co działa szkodliwie na zdrowie fizyczne lub na psychikę człowieka»”. Wynika z tego jasno, że trucizna nie może być nieszkodliwa. W tym zdaniu zastąpiłabym ją wyrazem „substancja”.
* Tak, nie za bardzo sobie radzą, chociaż to nie ich wina i jak na razie wywiązują się całkiem dobrze. – No to nie radzą sobie, czy idzie im całkiem nieźle? Bo jak dla mnie te dwa stwierdzenia są sprzeczne.

Podsumowanie:
Nie mówię, że nic z tego opowiadania nie będzie, ale na pewno nie w tej formie, w jakiej jest obecnie. Według mnie trzeba by poprawić i przedstawienie bohaterów, i rozwój akcji, i styl, i poprawność językową. Mam nadzieję, że te kilka wskazówek Ci się przyda, nawet jeśli nie będziesz dalej pracować nad tym opowiadaniem, tylko zabierzesz się za nowy projekt. A „Panna Marple: Nikogo nie obchodzą niewinni” trafia do Kiepskich.

[komentarzy 2] Komentuj




Ocena nr 275 - Humb Roztargniona ocenia "Chikacheva" >> 27.09.10 o 11:28

Chikachev

Pierwsze wrażenie:
„Ciemność, widzę ciemność!” – powtórzę na samym początku za Jerzym Stuhrem, cytując genialną „Seksmisję”. Lekka dezorientacja – ostatnio fala bieli, teraz pokłady czerni i to tak zupełnie bez ostrzeżenia. W chwili, gdy piszę te słowa, na zewnątrz dwadzieścia osiem stopni, a tutaj wita nas zerowe albedo oraz jakiś gorący mężczyzna. Siódme poty szybko jednak odstępują na widok wszechobecnego mroku i zawieszonej gdzieś pośrodku tajemnicy. Jest ciemno i niemożliwie wprost intrygująco. Zachwytem przejmuje ład i porządek panujący na stronie, który następnie przeradza się w lekkie przerażenie, gdyż zwykły umysł nie jest w stanie objąć tej czystej perfekcji. Z oparów mgły lub czegoś, co równie dobrze utrudnia przyjrzenie się tym miłym zdjęciom na grafice, wyłania się w końcu twarz jakiegoś mężczyzny z papierosem, jakaś kobieta i zarys jakichś wież zamku połączone w nadzwyczaj zgrabny sposób. Nie dając jednak czasu na fantazjowanie od razu zaprzęgasz nas do ciężkiej umysłowej pracy i zadajesz pytanie – unde malum? Czym jest zło? W dziedzinie filozofii jestem laikiem, więc w głębi duszy mam nadzieję, że to tak tylko retorycznie. Chikachev, słowo stanowiące adres, o którego znaczeniu początkowo nie mam bladego pojęcia, okazuje się być nazwiskiem głównego bohatera. Przepraszam bardzo, czy ktoś mógłby mnie poinformować, jak to się wymawia? Próbuję parę razy przeczytać to nazwisko i za pocieszający uważam fakt, że jedynie monitor jest świadkiem tych eksperymentów językowych.
Zastanawiające, że ogólny wystrój chyba raczej nie powinien nastrajać zbyt optymistycznie a raczej budzić pewien lęk i niepokój, ja jednak czuję się zaskakująco szczęśliwa patrząc na tę ostoję ładu i porządku.

Wygląd:
Właściwie istnieje jedno słowo doskonale określające wszystko, co można zobaczyć na tym blogu, a mianowicie: pedantyzm. Precyzja i dopracowanie widoczne w każdym, nawet najmniejszym szczególe jest wprost porażające. Mamy więc naprawdę udaną grafikę, dopasowane kolorystycznie czcionkę i linki, podział na rozdziały, skromne, minimalistyczne menu, muzykę, a na końcu każdego rozdziału nawet takie maleńkie strzałeczki, które przenoszą nas na górę! W życiu nie widziałam czegoś takiego. Może przez zupełny przypadek odkryłam właśnie internetową utopię, w której wszystko idealnie ze sobą współgra i doskonale do siebie pasuje. Skrajny perfekcjonizm widoczny w każdym zakątku zaczyna w pewnym momencie aż przerażać – wydaje się czymś wręcz nie z tego świata. Doskonałość nie jest przecież domeną ludzi, jednak im dłużej się przypatruję, tym więcej mam wątpliwości. Jeżeli nie ma w tym jakiejś nadprzyrodzonej mocy/magii/hipnozy/et cetera, to zdecydowanie zaczynam się bać.
Ciemność, tajemnica, mrok i przerażająca wręcz perfekcja w połączeniu z cytatem na szablonie daje wreszcie wrażenie niepokoju, jakie prawdopodobnie miałaś zamiar wywołać.

Fabuła:
Początkowo poznajemy wydarzenia czasu teraźniejszego, w którym główny bohater (wrak człowieka, morderca, były Śmierciożerca) staje przed szacownym zgromadzeniem Wizengamotu. Po jakże krótkim i niesprawiedliwym procesie bezapelacyjnie zapada decyzja o zesłaniu go do Azkabanu. Zastanawiać może fakt, że choć to Chikachev jest kreowany na konkretnego drania, to w swoich opisach nie negujesz jego postaci – wręcz przeciwnie, to po drugiej stronie szukasz zachowań godnych krytyki. Niesprawiedliwi, pełni uprzedzeń, zaślepieni sędziowie – a przecież to właśnie oni podjęli się działania, gdy reszta magicznego społeczeństwa postanowiła ukrywać się w domach lub sprzymierzyć z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Trudno odmówić im hipokryzji, choć traktujesz ich dość surowo.
W czasie procesu w Victorze toczy się wewnętrzna walka, jego umysł zalewa fala wspomnień i takim oto sposobem przenosimy się do historii właściwej – czyli retrospekcji pozwalającej dowiedzieć się, co sprawiło, że inteligentny, choć leniwy chłopak z dobrego domu zmienił się w żądnego krwi Śmierciożercę. Chikachev na samym początku swej magicznej kariery trafia do Durmstrangu, do Domu Wilka. Jego pierwszym krokom w wielkiej szkole poświęcasz jednak stosunkowo niewiele czasu, aby po chwili przenieść nas do bardziej interesujących poczynań na ósmym, ostatnim roku nauki. Po obiecujących zapowiedziach – jak doszło do upadku człowieka, historia o tchórzostwie, nienawiści, zdradzie, słabości, cóż za podniosłe, ogniste słowa – raczysz nas skruszonym Victorem, który niezmiernie ciężko zawinił wejściem do damskiej toalety. W wyniku tych haniebnych poczynań powiadomione zostały rzecz jasna odpowiednie organy, w tym wypadku oburzeni rodzice. Dzień ten przynosi jeszcze jedną wiadomość, pozbawioną jednak tego ironicznego wydźwięku, jaki perspektywa czasu nadaje incydentowi w toalecie. Najbardziej poczytne w owym czasie pismo „Feniks” donosi o potwornych morderstwach dokonanych przez nieznanego sprawcę na gronie angielskich mugoli oraz, jak to ujęłaś, „czarodziei walczących o ich prawa”. Nieco niefortunne sformułowanie, jednak włożyłaś je w usta młodego, czystokrwistego czarodzieja, dzięki czemu moje skojarzenie z obrońcami zwierząt w pewien pokrętny sposób może okazać się właściwe. Czytając gazetę Chikachev nie ma jeszcze pojęcia, że dzięki temu zdarzeniu rozpoczyna się najmroczniejszy rozdział jego życia, są to bowiem pierwsze śmiałe poczynania Czarnego Pana. Nieświadomi jednak niczego uczniowie Durmstrangu podejrzenia zrzucają na wciąż owianego złą sławą, choć już nieszkodliwego, Grindelwalda.
Nie patrząc jednak w ciemną przyszłość Victora, zajmujesz się nastoletnimi marzeniami i fascynacjami. Obiektem westchnień ponurego Chikachev okazuje się ruda, piegowata, zielonooka Nadia, która nie spojrzała na niego ani razu przez osiem lat. Choć jednak jej obraz włada myślami chłopaka tak długo, nadal nie jest na tyle odważny, by choć raz się do niej odezwać. Dziewczyna pozostaje więc w sferze ulotnych marzeń, a tymczasem kolejna straszna wiadomość stawia na nogi czarodziejski świat. Informacje o następcy Grindelwalda są coraz powszechniejsze, pojawiają się przebąkiwania o kolejnej wojnie w imię czystości krwi. Oprócz sprawy kolejnych morderstw Victora zajmują jeszcze problemy osobiste. Jego brat nie odpowiadał na wiadomości od pewnego czasu, w liście otrzymanym od rodziców pojawiają się nawet domniemania o zaginięciu. Na szczęście dzięki odpowiedniemu podejściu, a może i odpowiedniej treści wiadomości („odezwij się, idioto!”), rzeczony idiota znajduje w końcu dość czasu, aby dać znak życia. W odpowiedzi w ręce młodszego Chikachev trafia mała, tajemnicza paczuszka, która ma zadecydować o jego przyszłości. Przesyłka, którą Victor na prośbę brata przekazuje intrygującej personie nazwiskiem Rollinson, okazuje się być kluczem do nowopowstałej organizacji pod przewodnictwem Lorda Voldemorta. Wzbudzający powszechny strach i oburzenie Śmieriożercy zdołali już wciągnąć w swe szeregi starszego Chikachev. Zafascynowany ponurą ideologią nawołującą do oczyszczenia społeczeństwa, zaczyna przykładać rękę do złowrogiego dzieła, zaczynając ową czystkę od samego siebie: od własnej rodziny. O sile jego wiary możemy przekonać się dzięki morderstwie, jakie popełnia – z zimną krwią zabija ukochanego kuzyna, który splamił krew związkiem z uroczą niemagiczną blondynką. Pojawiają się pierwsze pogłoski o wybuchu wojny. Narastają ponure nastroje, do czego przyczynia się również szacowna szkolna placówka decyzją o likwidacji piątego domu, Domu Kozicy. Ostatnia ostoja dla uczniów nie mogących poszczycić się nienagannym drzewem genealogicznym upada, droga do magii dla utalentowanych szlam zostaje odcięta. Tłumaczenia dyrekcji, jakoby miało służyć to uchronieniu nastolatków przed rosnącą w siłę fanatyczną grupą nie znajdują posłuchu, zwłaszcza w sercu rudowłosej Nadii. No właśnie, Nadia – oprócz straszliwych wieści o kolejnych morderstwach rozwijasz wątek miłosny. Jak to zwykle bywa, najgorętsze uczucia wybuchają w najmniej odpowiednich momentach. Są jednak młodzi, zakochani, spotykają się i trzymają za ręce. Ona mówi, on słucha i potakuje. Idealny związek. Sielanka mogłaby trwać długo, jednak wspomniane usunięcie Domu Kozicy staje się kością niezgody pomiędzy Nadią i Victorem. Widoczne stają się różnice w poglądach, a raczej obojętność, jaką wykazuje Chikachev w odpowiedzi na płomienne wywody swej miłości. Ich stosunki psują się nieodwracalnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę kolejne wydarzenia. Historia wspomnianej paczuszki nie kończy się wraz z oddaniem jej do rąk Rollinsona. Victor i towarzyszący mu w dostawie specyfiku Antonin wpisują się tym samym na listę popleczników Voldemorta i zasługują, by przyznać im ich pierwsze zadanie. Niepewny jeszcze swych uczuć Chikachev chciałby się wahać i rozmyślać, jednak krótki list pisany dłonią brata nie jest prośbą czy propozycją – ma charakter rozkazujący. Zafascynowany Dolohow nalega, Mischa wymaga, a Victor zostaje pociągnięty przez nurt i jest już za późno, by wydostać się na brzeg. Wyrzuceni ze zlikwidowanego domu uczniowie Kozicy mają trafić do Halabardy, niewielkiego baru w pobliskim miasteczku. Zadanie Chikacheva i Dolohowa jest proste – mają ich zlikwidować. Osiemnastolatkowie nie są jednak gotowi jeszcze do tak makabrycznej zbrodni, postanawiają więc jedynie spalić budynek w chwili, gdy transport z Durmstrangu jeszcze nie nadejdzie. Na nieszczęście, przez nieostrożność zostają zauważeni w czasie podkładania ognia. Z pomocą nadchodzi Karkarov, któremu udaje się obezwładnić świadka i pociągnąć go za sobą. Przyjacielowi, który nie chciał mieć z całą sprawą nic wspólnego, przyszło jednak złożyć największą ofiarę. Świadkiem okazała się bowiem urocza Arina zajmująca tuż obok nauki, regulaminu i magii główne miejsce w jego sercu. Dzięki zręcznemu Oblivate Igor uwalnia przyjaciół od podejrzeń, tym samym krzywdząc tak ważną dla siebie osobę i niszcząc ostatnią nadzieję na obudzenie w dziewczynie wzajemności.
Krew ciążąca na nastoletnich rękach daje o sobie znać, jednak życie uczniów Durmstrangu musi toczyć się dalej – wszyscy zdają z lepszym lub gorszym skutkiem egzaminy i są świadkami nagłej śmierci dyrektora na balu absolwentów.

Postaci:
Główną postacią jest Victor Chikachev, młodzieniec nieco ponury i niezbyt zainteresowany czymkolwiek. Z jednej strony popiera zamysł odsunięcia się środowisk czarodziejskiego i mugolskiego, z drugiej wzdryga się na myśl o przemocy i zbrodni. Głównym bohaterem uczyniłaś postać pragnącą przede wszystkim neutralności. Za zadanie wzięłaś sobie przedstawienie historii człowieka, który został uwikłany w przerażającą historię właściwie nie z własnego wyboru. Victor jest niepewny, nie do końca wie, czego chce i to pcha go do kierowania się w życiu metodą prób i błędów. Jest dobrze skonstruowaną postacią, choć brak mu jakiegoś wyróżnika, cała jego postawa mówi: jestem tutaj tylko przypadkiem. Właściwie niezbyt dobry z wszystkiego, brak szczególnych zainteresowań, brak planów na przyszłość – cóż, z pewnością nie można odmówić mu realizmu. Tworząc jego związek z Nadią podkreślasz naiwność rządzącą tym uczuciem, delikatność i pewne zagubienie. Nieco dziwnym wydaje się jednak mimo wszystko fakt, że po ośmiu latach wpatrywania się w jedną dziewczynę – latach, w których nie ośmielił się do niej nawet przemówić – gdy w końcu ją poznaje, gdy już nawet są razem, Victor tak szybko rezygnuje, odpuszcza. Ta nagła obojętność kłóci się z romantyzmem, jakim wykazywał się jeszcze niedawno.
Nadia to postać krystalicznie czysta, umiejąca z zaskakującą trafnością oddzielić dobro od zła. Takie osoby zawsze wzbudzają podziw dzięki swym szybkim sądom i uporowi, z jakim trzymają się obranego wcześniej zdania. Jest ruda, niezbyt piękna i dużo mówi. Początkową nieśmiałość szybko zalewa potokiem słów, które cisną się bez ustanku na jej usta. Przede wszystkim zajmuje przeciwne Victorowi stanowisko w głównej kwestii: działalności Voldemorta. Mówi głośne „nie” rozlewowi krwi, niedopuszczaniu uczniów z niemagicznych rodzin do nauki i obojętnemu Chikachev. Dobrze skonstruowana, interesująca, posiadająca własny, ujmujący charakter i cechy, nadaje pewnej lekkości opowiadaniu przepełnionemu bólem, mordem i tajemnicą.
Antonin Dolohow to osoba znana już wcześniej z książek J. K. Rowling jako bezwzględny, pozbawiony skrupułów morderca. Przedstawiasz go jednak z zupełnie innej strony, ukazując młodego Antonina jako przystojnego, wrażliwego chłopca. Zaskakujące i nieco przerażające są rozbieżności w jego charakterze. Oto na samo wspomnienie imienia Grindelwalda do oczu nachodzą mu łzy, sam jednak bez zbytnich wyrzutów jest w stanie podpalić budynek pełen uśpionych uczniów. W jego zachowaniu pojawiają się niekiedy zgrzyty – z takim wzruszeniem myśli o zamordowanej matce, a jednak nie wystrzega się rozlewu krwi. Jest największym przeciwnikiem dawnego przyjaciela Dumbledore’a, a jednocześnie podpisuje się pod tą samą ideą mniejszego zła, tyle że pod przywództwem innego czarodzieja. Przemiana Dolohowa jest dziwna, zaskakująca, niczym skok na głęboką wodę. Brak jakiegoś klucza do tej nowej, zimnej osoby, jednego wydarzenia, które spowodowało tę zmianę. Innym przyjacielem Chikachev uczyniłaś również znanego już wcześniej Igora Karkarova. Młody odpowiednik w niczym nie przypomina późniejszego dyrektora Durmstrangu. Interesującym jest czytanie o tej postaci, gdy pozbawiony był jeszcze doskonale widocznych w „Czarze Ognia” zgorzkniałości i przerażenia. Głodny wiedzy, ambitny Karkarov nie widzi siebie w misji zbawiania świata Voldemorta i nie chce podejmować działań w tej sprawie. Do organizacji zostaje wciągnięty przez głupi wybryk swoich przyjaciół. Dzięki oddaniu, jakie wykazuje, zaprzepaszcza swoje szanse na czyste sumienie. Chwalebny czyn Karkarova jest zaskakujący, tym bardziej biorąc pod uwagę gorące uczucia, jakie podobno żywi do pięknej Ariny. Opis jego ogromnej miłości jest jednak bardzo spontaniczny - nigdzie wcześniej w tekście nie napotkamy żadnego podkreślenia tego wielkiego kochania. Dopiero gdy już dochodzi do ofiary przyjaźni, nieco konfunduje opis owego uczucia. Wątek Ariny powinien rozpocząć się nieco wcześniej, przygotować nas, ponieważ w obecnej sytuacji poświęcenie Karkarova nie wywiera odpowiednio silnego wrażenia. Słowa: „przecież ją kochał” wydają się sztuczne, nieprawdziwe, wciśnięte na siłę. Nie ma punktu zaczepienia, początku miłości, co starasz się później naprawić opisami tęsknych spojrzeń i wyrzutów sumienia po rzuceniu zaklęcia. Częściowo udaje się to, jednak owy brak wrył się w pamięć i uparcie wyczuwa fałsz w nastoletniej miłości.
Oprócz czwórki bohaterów, których historię nam przybliżasz, w opowiadaniu mamy do czynienia z wieloma postaciami pobocznymi. Na wyróżnienie z pewnością zasługuje niezwykle uroczy i nieporadny Caradoc Dearborn. Przepełniony ambicją i chwalebnymi pobudkami auror jest wspaniałym bohaterem. Znając jego dobre, naiwne serce i nieumiejętność radzenia sobie z czymkolwiek, przewiduję mu świetlaną przyszłość. Osoby tego pokroju zawsze dochodzą wysoko, tylko po to, by inni mogli wygrażać im pięściami. W opowiadaniu znajduje się również nieco miejsca na nieco młodszego Alastora Moody’ego, który tęskni do brytyjskiego klimatu i rodziny. Kluczem, który napędza cały mechanizm jest oczywiście Lord Voldemort oraz jego działalność. Nie występuje on nigdzie osobiście, jest jedynie wzmiankowany, znajdując się jednak tysiące kilometrów stąd z powodzeniem wywołuje strach i panikę.
Postacią, która zatrzymuje się w pamięci najdłużej nie jest jednak ani straszliwy czarodziej o twarzy jaszczurki, ani przyszły Śmierciożerca, ani nawet satyr w roli profesora zielarstwa. Palmę pierwszeństwa w tej kategorii z całą pewnością mogłabym przyznać Sashy, owej nieszczęśliwej, przypadkowej ofierze, która w następstwie staje się wciąż powracającym wyrzutem sumienia. Wyrzucona ze szkoły z powodu miernych wyników w nauce, brzydka, niezgrabna i nieśmiała. Zwykle omijana szerokim łukiem i zwyczajnie ignorowana, w pamięć większości uczniów Durmstrangu (a już z pewnością Victora) wryła się jedynie dzięki swojej śmierci. Jej zwęglone zwłoki i widok nagrobka z pewnością staną mu przed oczami za każdym razem, gdy tylko na prawym przedramieniu poczuje dziwne pieczenie.
Podsumowując, raczysz nas gamą wielu zróżnicowanych postaci, niekiedy nieco dziwacznych, chwilami nie do końca wiarygodnych, innym razem – zupełnie obojętnych.

Świat przedstawiony:
Opierasz się na twórczości J. K. Rowling i to w jej świecie umieściłaś swoje opowiadanie, nic więc dziwnego, że czerpiesz z niego pełnymi garściami. W przeciwieństwie jednak do osoby, która powołała do życia Harry’ego Pottera, nie dążysz do oryginalności i nie wykorzystujesz w pełni potencjału nieznanego i nieopisanego miejsca. Rowling jest pisarką specyficzną, a jej styl, zwłaszcza w pierwszych częściach, może pozostawiać wiele do życzenia. Nie można natomiast zarzucić jej braku polotu i wyobraźni. Świat opisany jest tak zróżnicowany, jak to tylko możliwe, czasem wręcz ma się wrażenie, że J. K. na siłę stara się uniknąć wszelkich stereotypów i podobieństw. W takim przypadku trochę brutalne jest przeniesienie się z pełnej osobliwości i niezwykłych wydarzeń Anglii, tak przecież ucywilizowanej i rozwiniętej, do tajemniczej, ogromnej i nieodgadnionej Rosji, która okazuje się być dość sztampową. W osobnym dziale pokrótce wyjaśniasz, dlaczego Durmstrang jest w swej organizacji tak uderzająco podobny do Hogwartu. Twoja argumentacja nie jest zła, jest jednak daleko różna od wizji Rowling, która czyniła wszystko, by odróżnić od siebie trzy najsłynniejsze placówki dla młodych czarodziejów. Rozumiem, że historia Victora Chikachev to Twoje własne spojrzenie na świat magii i w tym spojrzeniu nacisk kładziesz na kwestie inne niż cuda nieznanej nam odległej krainy czy obyczaje szkolne. Jednak w pewien sposób budzi to we mnie ogromy żal – że brak temu opowiadaniu tej swoistej podpory, że to wygląda, jakbyś po prostu wykorzystała wytarty schemat. Co prawda ktoś kiedyś powiedział, że wszystko zostało już napisane i wszędzie można by dopatrzyć się analogii do innych pozycji, jednak przy początkowych częściach nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to drugi, tylko trochę bardziej staroświecki Hogwart, że ci surowi Rosjanie w niczym nie różnią się od flegmatycznych Anglików.

Zgodność z kanonem:
Fakt, że w swoich książkach Rowling ominęła szerokim łukiem sprawę organizacji pozostałych szkół magii sprawia, że właściwie nie istnieją ograniczające zasady i wszystko, oczywiście w granicach rozsądku, jest dozwolone. Zwraca uwagę jednak Twoje przywiązanie do szczegółów i chęć pozostania wierną oryginałowi. Ponieważ fakt przybycia na Turniej Trójmagiczny delegacji, w której skład wchodzili jedynie mężczyźni nie musi oznaczać wykluczenia dziewcząt z edukacji w Durmstrangu, w tym podpunkcie nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń.

Sposób prowadzenia narracji:
Trzecioosobówka, czas przeszły. Całość jest retrospekcją, która ma pozwolić nam dowiedzieć się, w jaki sposób Victor Chikachev stał się Śmierciożercą.

Styl:
Opowiadaniu nie brak plastycznych opisów ani interesujących bohaterów. Jednak Twój styl nie jest jeszcze do końca swobodny – chwilami konstruujesz nieco dziwaczne, przydługie zdania przepełnione przymiotnikami i informacjami sprawiającymi, że trudno je zrozumieć. Na przykład:
- Wziąwszy w usta potężny łyk stęchłego, bibliotecznego powietrza, młody Chikachev zdmuchnął płomień, kołyszący się na przyświecającej mu lampce i wsunąwszy stary podręcznik pod pachę - ku okrutnemu oburzeniu Vladimira, opiekuna zamkowych zbiorów - pognał wprost ku wyjściu, nie siląc się ani na dyskrecję, ani na utrzymanie wymaganej w bibliotece ciszy.
Tendencja ta widoczna jest zwłaszcza w początkowych rozdziałach, z każdym kolejnym kwestia ta się poprawia.
Jednak istnieje jeszcze pewien mankament, który utrudnia odbiór tekstu. Brak tutaj konsekwencji w stylizowaniu tekstu – zazwyczaj stosowane słownictwo nie odbiega od dzisiejszych standardów, dlatego nagle wtrącone „pono” czy „jeno” brzmią nieco nienaturalnie. Niekiedy stosowane zestawienia słów również powodują nieco dziwne wrażenie, jak na przykład:
- Maleńkie, perliste łezki same pocisnęły się do błękitnych oczu młodego Antonina. – Antonin ma osiemnaście lat i jest dorosłym mężczyzną. Maleńkie, perliste łezki w tym wypadku wydają się być domeną kobiet, a nie silnego, inteligentnego czarodzieja. Oczywiście, taka sytuacja mogła się zdarzyć, jednak dobór słów w tym przypadku wydaje się być nieco niefortunny.
- Krytycznym spojrzeniem przyjrzał się posadzce, kulawo oceniając stopień jej zabrudzenia. – Pierwszy raz spotykam się z kulawym stopniem oceniania.
- Nawet przesądy z nimi niegdyś związano. – Nie spotkałam się jeszcze z taką konstrukcją, raczej z rodzącymi się przesądami, nie wiązanymi.
- Myśli chłopca błąkały w chaosie (...) – Błąkały to mała miejscowość gdzieś w Polsce – myśli chłopca mogły ewentualnie „błąkać się”.
Odnoszę wrażenie, że Twojemu stylowi brakuje pewnej spontaniczności i naturalności – każde zdanie wydaje się być poprawiane trzy razy, zazwyczaj nie występują żadne błędy – co oczywiście jest niesamowitą zaletą i w tym względzie nie mam żadnych przeciwwskazań. Jednak poprzez to „dopieszczanie” tekstu, za każdym razem dokładasz kolejne wyrazy, przymiotniki, wprowadzasz zmiany. Przez to zdania są przeładowane i trudno wyłowić z nich ich pierwotny sens. Dla przykładu, po co wprowadzasz informacje o tym, że witki miotły, którą Victor zamiatał posadzkę jadalni są kruche, skoro nie ma ona żadnych następstw? Zazwyczaj gdy podaje się w opisie tego typu cechę, w dalszym ciągu ma ona jakieś poważne zadanie, które pozwala zrozumieć jej wystąpienie. Przeładowywanie tekstu informacjami utrudnia odbiór i odbiera przyjemność czytania. W tym przypadku problem ten nie jest zbytnio nasilony, to raczej szczegół, który czasami rzuca się w oczy. A jednak, diabeł tkwi w szczegółach...

Poprawność językowa:
Pospolitych literówek, powtórzeń czy błędów interpunkcyjnych nie sposób spotkać, nie mówiąc już o błędach ortograficznych. Wyszukując pojedyncze przykłady musiałabym się naprawdę bardzo czepiać. Pod względem poprawności językowej to jeden z lepszych blogów, jakie kiedykolwiek widziałam.

Wulgaryzmy, idiotyzmy, „słowotwórstwo”:
- Sukinsyn uciekł ze swego więzienia! Jak dobrze, że to tak daleko! ... , ... , Mugole, mugole... Co oni mu zrobili? ... , Wojna, kolejna krwawa wojna. Tym razem nie będzie ratunku! - Durmstrang to szkoła lubująca się w czystej krwi i pochwalająca czarną magię. Skąd, dzięki takiemu wychowaniu – nie tylko w domu, ale i w szkole! – w tych młodych ludziach tyle współczucia dla mugoli?
- Twoja babka z każdym dniem czuje się coraz lepiej; osłabienie powoli zanika, a barwy leniwie wracają na jej spierzchnięte usta. – Wybrane zdanie pochodzi z listu matki do syna. Rozumiem, że Victor odebrał dość surowe wychowanie nie dopuszczające bliższego kontaktu z rodzicielką, jednak rozwodzenie się nad leniwie powracającymi na usta babki barwami uważam za nieco osobliwe.
- Ojca Sashy położono tuż obok, ale na niego nie patrzyli, to by było podejrzane. Co ich może obchodzić obcy człowiek, przecież nie mogli go znać, nie wolno im było przebywać pod dachem Halabardy. – Nie rozumiem, dlaczego uczniom magicznej szkoły nie można było patrzeć na przypadkowy grób. Patrzeć! Zainteresowanie ofiarami wypadków tudzież morderstw zawsze jest ogromne, tym bardziej że zmarły był ojcem ich znajomej. Cóż z tego, że podeszli do jego grobu?
Przedstawiasz Durmstrang jako placówkę niezwykle surową w swych zasadach, co przejawia się między innymi w rytuale posiłków czy wyrzucaniu uczniów za marne wyniki w nauce. Całe to trzymanie się regulaminu ma jednak chwilami komiczny wydźwięk, jak w przypadku pierwszego rozdziału: dopiero co padły podniosłe słowa kończące prolog – o tchórzostwie, strachu, rozlewie krwi – a na powitanie serwujesz nam list od rodziców karcący Victora za przebywanie w damskiej toalecie. Być może zasady panujące w szkole przewidywały za tego typu wybryki surowe kary, jednak układ tekstu, kontrast, jaki panuje pomiędzy następującymi bezpośrednio po sobie częściami, zmusza do uśmiechu. Na warsztat wzięłaś sobie trudny, poważny temat, większość opowiadania pisana jest podniosłym, wręcz patetycznym stylem – trudno jest w takich warunkach czytać o drobnostkach dnia codziennego. Wydaje się to nie na miejscu – jakaś anomalia, pomyłka.
Wulgaryzmów nie zauważono.

Podsumowanie:
Sam wygląd zrobił na mnie niesamowite wrażenie, temat, którego się podjęłaś, zaliczyć można jako jeden z najciekawszych, z jakimi się spotkałam. Niestety, samo opowiadanie nieco mnie rozczarowało – choć widać tutaj niezwykłą dbałość o tekst oraz wyraźny plan wydarzeń, istnieją zgrzyty utrudniające cieszenie się lekturą. Przede wszystkim, po obiecujących zapowiedziach spodziewałam się czegoś zupełnie innego – prawdopodobnie owej fascynacji czarną magią i osobą Lorda Voldemorta już w późniejszym stadium, gdy dochodzi do przerażających wydarzeń i nieodwracalnych decyzji. Warto jednak wziąć pod uwagę fakt, że umieszczone na blogu opowiadanie ma jedynie dwanaście rozdziałów – zapewne należałoby dłużej poczekać, by sprawy przybrały poważniejszy obrót. Uważam, że również Twój styl ma jeszcze sporo szans na to, by się rozwinąć. Tymczasem – zapraszam do Średnich.

[komentarzy 9] Komentuj




Niezgłębiona Traq nie ocenia >> 16.09.10 o 10:21

Z mojej kolejki wypadają na razie dwie pozycje:

Czas Soli - przeterminowanie.
Janek w Krainie Czarów - blog nie istnieje.

[komentarzy 1] Komentuj




Ocena nr 274 - Niezgłębiona Traq ocenia "Zbiorową Aberrację Jaźni" >> 14.09.10 o 16:25

Ha, jednak się wyrobiłam, mogłam obiecać ;) Przepraszam, że tyle to trwało, ale tekst do najkrótszych i najprostszych nie należał.

Zbiorowa Aberracja Jaźni

Pierwsze wrażenie:
Moja pierwsza refleksja dotyczyła tytułu opowiadania, bo nietrudno zauważyć, że jest on skonstruowany podobnie do „Odmiennych Światów Świadomości” i „Dyskretnego Uroku Smoków”, co wygląda na przemyślany zabieg autora. Niestety, jedyne, co sugeruje mi „Zbiorowa Aberracja Jaźni”, to to, że wszyscy doświadczą tych samych zwidów (i jakoś nie jestem w stanie się tego skojarzenia pozbyć). Nie wiem, jak się ma do tego roznegliżowana pani na szablonie — chyba że to ona będzie tą aberracją, co zapewne ucieszyłoby część bohaterów — więc zabieram się za czytanie, nie będąc do końca pewną, czego się spodziewać.

Wygląd:
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oczywiście wspomniana już kusząco wypięta dziewoja w negliżu i, co ciekawe, w masce Zorro. Przez chwilę myślałam, że po policzku cieknie jej krew, ale to chyba jednak kosmyk włosów. Cały szablon jest utrzymany w ciemnych barwach (może nawet odrobinę za ciemnych, to zależy od oświetlenia), a poszczególne elementy ładnie się ze sobą komponują. Jest czytelnie i przejrzyście, a to w końcu najważniejsze. Czy w związku z treścią — to się okaże.

Fabuła:
Tyle się dzieje i fabuła jest na tyle skomplikowana, że nie wiem, od czego zacząć. Ogólnie rzecz biorąc, jest to historia konfliktu na Starym Kontynencie. Opisane zostały dwa dni poprzedzające wybuch wojny, której wszyscy się spodziewają i do której się przygotowują, co wpływa zresztą na przyspieszenie jej rozpoczęcia. Wątek poboczny dotyczy „paktów z bogami” różnych bohaterów i wiąże się z szukaniem drogi do szczęścia. Tak to przynajmniej rozumiem. Pojawiają się również aspekty, powiedziałabym, filozoficzno-religijne, związane z rolą Stwórcy we wszechświecie.
Jeśli chodzi o główny wątek, to chciałeś najwyraźniej pokazać rozwój wydarzeń z punktu widzenia różnych stron konfliktu, więc nie skupiałeś się na jednym państwie czy grupie bohaterów. Przy tak skomplikowanej sytuacji politycznej, gdybyśmy nie mieli wglądu do większości dworów, ukazanie wszystkich zawiłości byłoby zresztą trudne. Ale ten zabieg ma też swoje wady. Przede wszystkim miałam wrażenie, że upłynęło o wiele więcej czasu niż kilka godzin od szarży Złotej Chorągwi na obóz Władców Przestworzy do rozmowy Cravenvrenn z Hazrinim w Lorr. Tyle miałeś rzeczy dziejących się w tym samym momencie do opisania, że „minęło” już osiemdziesiąt stron. Może nie jest to znowu takie straszne, ale sprawiło wrażenie, że sytuacja rozwija się mniej dynamicznie. Poza tym przerywanie pewnej sceny w połowie rozmowy i kontynuowanie jej od tego samego miejsca piętnaście stron później, po czterech fragmentach dotyczących innych miejsc (na przykładzie rozmowy Hansa z Raneallem) trochę się nie sprawdza. Przy takiej strukturze opowieści starałabym się jednak zamykać mini-wątki w tym samym fragmencie. Przerwy można robić na przykład wtedy, gdy postać zmienia rozmówcę albo miejsce pobytu. Trudno, może będzie mniejsze napięcie, ale jest większa szansa, że czytelnik się nie pogubi i nie będzie musiał sprawdzać, jak dokładnie skończyła się poprzednia scena z udziałem tego bohatera.
W wyniku takiej a nie innej konstrukcji pojawiają się jeszcze inne problemy (przynajmniej ja je uważam za problemy). Zaczynam rozumieć, dlaczego zwykle w takich opowieściach pojawia się bohater, często główny (chociażby Frodo czy Harry Potter), który jest zupełnie albo prawie zupełnie „niekumaty”. Dzięki temu narrator i inni bohaterowie mają pretekst do wytłumaczenia czytelnikowi zasad rządzących danym światem, natury różnych stworzeń itp. A tutaj, gdy tylko przysłuchujemy się z boku rozmowom postaci, nie ma za bardzo takiej możliwości. Owszem, pod koniec pojawiły się tego typu zabiegi (opowieść Yorniego czy Navarro-Espanozy), ale było ich mało i po prostu „wykładały kawę na ławę”, bo zbliżało się zakończenie. Brakowało mi na początku jakiejś krótkiej charakterystyki państw kontynentu, ich mieszkańców i stosunków politycznych. Nie chodzi mi o suche wymienianie faktów typu powierzchnia czy liczba mieszkańców, ale o coś, co pozwoliłoby mi rozeznać się w sytuacji, bo mieszkańcy danych krajów wiedzą, o czym rozmawiają, więc nie mówią o oczywistościach, o których ja nic nie wiem. A ja się muszę wielu rzeczy domyślać: że to jest nazwa kraju, a to nazwa jego stolicy, a to imię władcy, a to rasa tego władcy. Musiałabym to sobie rozrysowywać po drodze, żeby być pewną, czy wszystko dobrze pokojarzyłam. To jest oczywiście bardzo dobre ćwiczenie umysłowe, ale ja mam jeszcze po drodze ogarnąć akcję, która jest nie mniej pokrętna. Dlatego podobał mi się pierwszy fragment o Lorr, gdzie opisałeś pokrótce wyspę i jej historię, tłumacząc przy tym, jakie są jej związki z elfami i ludźmi, co dało mi podstawę do zrozumienia dalszych wydarzeń. Wiadomo, że nie chodzi o opisanie wszystkich miejsc według jednego schematu, ale tutaj zdało to egzamin, więc czemu nie pokusić się o podobne rozwiązania gdzie indziej? Dobrze wyjaśniona była też cała kwestia demonów, gdy Albert ven Motoru ewakuował się z Oregou.
Przyznam, że czułam się przytłoczona ilością pojawiających się naraz informacji. Niektóre dziwne nazwy i rzeczy w końcu się wyjaśniły, jak choćby to, kim są Tancerze Wojny albo Allurianie, bardzo długo gubiłam się jednak w tych wszystkich nazwach z Ar. Nie wiem, na ile przeszkadzał mi w odbiorze fakt, że nie czytałam „Dyskretnego Uroku Smoków”, ale mimo wszystko opowiadanie powinno się samo bronić.
Poza tym dość irytujące były urwane mini-wątki, jak chociażby ten o wampirzycy czy o przepowiedni na temat Hansa i Kalith. Jeśli nie miałeś zamiaru ich rozwijać, to po co się pojawiły?
Mam jeszcze kilka uwag do konkretnych miejsc w tekście. Jakby się bardzo czepiać, to ten prolog nie powinien się nazywać prologiem, bo nie jest to: „wstępna, wyodrębniona część utworu dramatycznego lub narracyjnego, zawierająca relację o faktach poprzedzających zawiązanie akcji; prologiem nazywa się też autorski komentarz poprzedzający utwór” (encyklopedia PWN). Wiem, że stanowi on razem z epilogiem ładną klamrę kompozycyjną, ale tak naprawdę jest wstępem, wprowadzeniem — i tu bym właśnie widziała te ogólne informacje o świecie. Ale to tak na marginesie, to w końcu Twoje opowiadanie i masz na nie własny pomysł.
Nie rozumiem do końca, czemu Monika stała na jakiejś polanie, gdy ją atakowano, bo chyba wcześniej była w zamku… Tu się właśnie pogubiłam. Tak samo jak w sytuacji, gdy Hans zerwał się z łóżka, by ratować Cravenvrenn, a mnie się wydawało, że był do niego jakoś przykuty czy przywiązany i nie pamiętałam, czy i kiedy go odwiązali. I dlaczego Monika chroniła Navarro-Espanozę. I czemu on był nieumarły albo raczej, kiedy to się stało i jak, bo chyba nie zarejestrowałam tego faktu. Do tego nie bardzo pojmuję, czemu (i na co) ven Amande zgodził się poświęcić i dokąd myślał, że się udaje, skoro się zdziwił, gdy trafił do Yorniego i w jaki sposób Yorni go do siebie ściągnął? W ogóle mam wrażenie, że pod koniec wszystko się jeszcze mocniej pokręciło, zamiast zacząć się układać w sensowną całość. Zdecydowanie umknęło mi to, kiedy Arendall umarł; nie do końca rozumiem, jakie konsekwencje miałoby mieć uwolnienie Illuminnoris (czy dobrze rozumiem, że to Córka Stwórcy?); na czym dokładnie polegało poświęcenie Allurian i co oni właściwie zrobili (choć tu podobało mi się, że poszczególne fragmenty kończyły się w podobny sposób); kim był tajemniczy młodzieniec w Oregou, który zniszczył Angrę… Zazwyczaj pod koniec książki sytuacja zaczyna się klarować, a poszczególne elementy układanki pasować do siebie. Tutaj, niestety, brakowało mi wyraźnego punktu kulminacyjnego; nie miałam olśnienia i zostałam z mętlikiem w głowie. Problem polegał też na tym, że skoro nie miałam kiedy się do bohaterów przywiązać, to rewelacja o tym, że Aleksandr jest wybrańcem, niewiele mnie wzruszyła, bo dla mnie był on tylko „brunetem o lalkowej twarzy” a nie postacią z krwi i kości, dla której jest to naprawdę ważne wydarzenie.
Przyznam, że w gruncie rzeczy opowiadanie nie było zbyt porywające, zapewne z tego powodu, że przez większość czasu bohaterowie omawiali sytuację polityczną, możliwości sojuszy i tym podobne kwestie. Do końca czułam się nieco zagubiona w tym świecie, a niektóre wydarzenia i decyzje postaci były dla mnie niejasne. Myślę, że mimo wszystko było za dużo punktów widzenia do opisania i lepiej byłoby wybrać te ważniejsze i skupić się tylko na nich, wprowadzając w jakiś inny sposób informacje o tym, co dzieje się w pozostałych miejscach. I ograniczyć trochę te suche dyskusje o polityce, a rozwinąć bardziej inne wątki.

Postaci:
Jeśli chodzi o bohaterów opowiadania, sprawia przedstawia się następująco: jest ich bardzo, bardzo dużo. Trudno jest mi wybrać głównych, na których skupiasz się najbardziej; dzielą się raczej na występujących częściej, rzadziej i tylko raz. Wszystko to sprawia, że — nawet przy tak dużej ilości tekstu — nie dało rady wszystkich, a choćby tylko najważniejszych, porządnie opisać. A nawet jeśli czegoś się o nich dowiedzieliśmy, to zazwyczaj był to opis bezpośredni, często niepotwierdzony działaniami bohatera. I choć kojarzę, kim był Arendall, kim Peter, a kim Hans, to jednak nie bardzo potrafię wymienić jakieś ich cechy charakterystyczne i osobowościowo trochę mi się zlewają. A takiego Petera nazywają podobno Drapieżcą Drapieżców, ale nie wiem dlaczego, bo z tej strony się nie pokazał. Z małym Silverfarrem bawił się jak starszy brat, ze Smirnunglaninn droczył się i żartował, bogini okazywał szacunek… Nie miał, tak jak i inni bohaterowie, pola do popisu, do tego, by się rozwinąć i pokazać swoje różne oblicza, a przy okazji przywiązać do siebie czytelnika.
Problem polega też na tym, że niemal wszystkie Twoje postacie są pokazywane w jednej, dwóch sytuacjach i praktycznie przez cały czas ich myśli i rozmowy toczą się wokół tych samych spraw: spotykają się, by zawrzeć sojusze, porozmawiać o sytuacji politycznej, przeprowadzić negocjacje dotyczące sojuszy spowodowanych rzeczoną sytuacją polityczną, uradzić, co powinni w związku z tą sytuacją zrobić i tym podobne. Jeśli wszystkich tylko to zajmuje, to nie dziw, że są pokazani jednowymiarowo. A to sprawia, że są papierowi i, co tu kryć, dość nudni. Nie ma też czasu i miejsca, by zagłębić się w motywy ich działań. Czasami odnosiłam wrażenie, że „wychodzą na scenę” i tylko klepią te swoje kwestie, żeby pociągnąć akcję dalej i doprowadzić do takich czy innych wydarzeń. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy to nie o to chodzi z tą zbiorową aberracją jaźni i może na końcu okaże się, że byli dosłownie pionkami w rękach bogów (choć bogowie też się tak zachowywali). Ale potem stwierdziłam, że nawet jeśli to celowy zabieg, to nie trafił w mój gust, bo lektura była przez to zdecydowanie mniej porywająca.
To oczywiście mogą być tylko moje odczucia, ale wydaje mi się, że bez głównego bohatera, a z taką liczbą postaci drugiego, trzeciego i dziesiątego planu opowiadanie sporo traci.

Świat przedstawiony:
Akcja dzieje się na jednym z kontynentów świata SilV. Żyją tam różne rasy: ludzie, elfy, smocze elfy, smoki, krasnoludy, Allurianie, urrowie (o których wiem najmniej, bo nie występowali w opowieści), pojawiła się także przynajmniej jedna wampirzyca. Mamy też wielu bogów, przypominających trochę tych z greckiej mitologii, którzy mogą się ujawniać mieszkańcom SilV we własnej postaci (na przykład Orcana) bądź za pośrednictwem awatara (Stwórca). Tak to przynajmniej zrozumiałam. I jest jeszcze chyba jakiś równoległy świat — Ar, czyli kraina elfów. Na szczęście wszystkie rasy mogą się ze sobą porozumiewać dzięki wspólnej mowie.
Jak już wspominałam, intrygujący jest przykład Sclawenii. Aluzje do polskiej rzeczpospolitej szlacheckiej są tak silne, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam dopatrywać się tu jakiegoś drugiego dna. Chociażby Lelici zamiast Lechici, Jarema I Czarnowiecki, nawet Syren można skojarzyć z syrenką, a idąc dalej tym tropem — z Warszawą. Było ich za dużo i były zbyt oczywiste, by uznać je tylko za „mrugnięcie do czytelnika”. Nie jestem więc pewna, co miały na celu. Chyba że analogie do naszego świata (bo jest jeszcze imperium na wschodzie ze stolicą w Konstantynie) miały pomóc w zrozumieniu sytuacji politycznej?
Z drobnych uwag: raz pisałeś Lorenczycy, raz Loreńczycy. A druga rzecz: jak należy rozumieć określenie „berserk”? Używasz go na przykład w stosunku do niektórych krasnoludów, ale nie jestem pewna, czy ma ono takie samo znaczenie w SilV jak w naszym świecie, czyli: „w sagach nordyckich: wojownik mający opinię niezwyciężonego lub mężczyzna mogący przeobrazić się w niedźwiedzia”.
A tak zupełnie na marginesie, ciekawa jestem, czy komuś jeszcze nazwa Herbal kojarzy się z szamponem i pastą do zębów? I mam pytanie odnośnie Alemanii — czy to przypadek, czy wiesz, że Alemania to po hiszpańsku Niemcy? Nie graniczy ze Sclawenią, więc nie wygląda to na celowy zabieg, ale może…

Zgodność z kanonem:
Nie dotyczy.

Sposób prowadzenia narracji:
Jak zazwyczaj nie mam wiele do napisania w tym punkcie, tak teraz się rozpiszę. Wszystko dlatego, że bardzo mnie zaintrygował narrator opowiadania. Nie jestem pewna, czy ma on „roztrojenie” jaźni, czy może jest ich po prostu trzech, jak w „Chłopach”. Jednak niezależnie od tego, o którą z tych opcji chodzi, i tak nie jestem przekonana co do sensu i efektu końcowego tego zabiegu. Ale może po kolei.
Na początku mamy zwykłego narratora, który jest bezstronnym obserwatorem wydarzeń i opisuje po prostu to, co widzi. Nie wychyla się z własnym zdaniem, a i pod względem stylu niczym się nie wyróżnia; po prostu opowiada historię. Potem, ni stąd, ni zowąd, przy pierwszym fragmencie opisującym sytuację w Syren, stolicy Sclawenii, głos zabiera ktoś zupełnie inny. Nazwałam go pieszczotliwie Narratorem Z Zacięciem Kronikarskim, bo kojarzył mi się ze średniowiecznymi kronikarzami. Aczkolwiek jak tak teraz porównuję go z Gallem Anonimem i Długoszem, to stwierdzam, że oni nie robili aż takich kombinacji z szykiem… Już wiem! To Kraszewski! Kraszewski jak żywy (można zajrzeć do „Krzyżaków” lub „Starej baśni” i samemu sprawdzić). No ale nieważne, w tej chwili bardziej intryguje mnie fakt, dlaczego NZZK pojawiał się tylko przy fragmentach dotyczących Sclawenii. Wspominałam już o dość wyraźnych aluzjach i nawiązaniach do swojskiej rzeczpospolitej szlacheckiej, więc poniekąd taki styl dobrze tu pasuje, ale dlaczego tylko Sclawenia dostała własnego narratora? Nie odegrała głównej roli w tej historii i nie bardzo rozumiem, dlaczego została tak wyróżniona. To, że bohaterowie mówią w ten sposób, popieram, ale czemu został dodatkowo wprowadzony NZZK, to nie rozumiem. Zwłaszcza że próbując utrzymać konsekwencję w stylu, wszystkie zdania tworzy na jedno kopyto, co staje się monotonne.
* Ogrodczyk splunął i soczystym kopnięciem w krocze, nieszczęśnika ocucił. Kopał go bez litości tak długo, póki tamten cały zakrwawiony, do drzwi wyjściowych się nie doczołgał.
- I nie waż mi się, kurwi synu, przed obliczem stanąć, bo zasiekę! – krzyknął na odchodnym porucznik, ostatniego kopa za drzwi swej ofierze posyłając.
- Szmatę do podłogi raz, proszę! – zawołał jeszcze w kierunku kuchni, po czym za swój kufel, pozostawiony przy barze chwycił i gardło przepłukał.
Z kuchni w tri miga wybiegł pachołek, by krew z podłogi uprzątnąć. Pan Kerim spojrzał na zebranych, po grdyce się masując.

Jak widać, nie zawsze udaje mu się tę konsekwencję zachować, bo pośród tych pięknych szyków przestawnych pojawiają się różne kolokwializmy i sformułowania, które wyraźnie nie pasują, na przykład:
* - Świetnie – uśmiechnął się brodaty łysol, podchodząc do wyjścia. Zastukał w drzwi cztery razy.
* Krasnolud swym czujnym okiem uważnie otaksował pana Kerima.
Trzecia postać, jaką przybrał narrator, to narrator-gawędziarz, który zwraca się bezpośrednio do czytelnika:
* Weźmy zatem dla przykładu zielonowłosą boginię o szmaragdowych oczach, której smukłe, delikatne dłonie wprawiły właśnie w intymną rozkosz jasnowłosą piękność.
* Ale jak zapewne już się domyślasz, drogi czytelniku, sprawa nie okazała się być tak prostą.
On też wyskakuje jak Filip z konopi, ale jego nie potrafię już powiązać z jakimiś konkretnymi fragmentami (może oprócz prologu i epilogu). I znowu nie bardzo rozumiem, w jakim celu on się pojawił i dlaczego akurat tu, a nie gdzie indziej.
Ta historia jest już sama w sobie na tyle skomplikowana, że dodatkowe atrakcje w postaci zmieniających się z jakiegoś bliżej nieznanego powodu narratorów wydały mi się zbytkiem szczęścia. Jeśli miałeś w tym jakiś cel, to chyba zawiodło wykonanie, a jeśli nie — sugerowałabym zdecydowanie się na jednego narratora. I może lepiej nie wybieraj NZZK, bo jego styl jest jednak trochę męczący.

Styl:
Do ogólnego stylu też mam trochę zastrzeżeń (pomijając to, co już napisałam o NZZK). Przede wszystkim brakowało mi lekkości i płynności, a za to pojawiały się różnego rodzaju zgrzyty, błędy w szyku zdania, niepasujące do nastroju kolokwializmy i zbyt wydumane, a przez to śmieszne opisy.

Kilka przykładów rzeczonych zgrzytów, niejasności i źle brzmiących skrótów myślowych:
* Swoją potęgę [miasto] zawdzięczało w równej mierze trzem czynnikom: waleczności, bogatym złożom mithrilu oraz rzemiosłu. - To niby oczywiste, ale wypadałoby dodać, że „waleczności mieszkańców”.
* czyniły go nieustannym łamaczem serc tutejszych dam. - Ten nieustanny nie brzmi dobrze, zresztą nie jestem przekonana, czy to określenie jest w ogóle potrzebne.
* Olbrzymie sklepienia bramy wejściowej nawet na nich zrobiły wrażenie. Dopiero pod nimi nabierało się właściwej skali grodu. - Brakuje mi tu czegoś, może: „nabierało się pojęcia o właściwej skali grodu”?
* Razem z grupą dwunastu najbliższych stronników, wykorzystując swą oczekiwaną absencję na dworze wyruszył do puszczy Loren. - „wykorzystując swą oczekiwaną absencję”? Może lepiej byłoby tę myśl jakoś rozwinąć, na przykład: wykorzystując fakt, że jego nieobecność na dworze nie zostanie zauważona albo wykorzystując fakt, że nikt nie zwróci uwagi na jego nieobecność na dworze (z jakiegoś tam powodu — nie wiem, co dokładnie kryje się za tą „oczekiwaną absencją”).
* Szybko i sprawnie rozbito namioty. Smoki przybrały elfie postacie i padły spać. Mniej zmęczone elfy zajęły się oprzyrządowaniem obozu. Praca trwała w milczeniu. Okrągły jasny księżyc oświecał odbitym światłem mrok. Migoczące gwiazdy napełniały dusze spokojem. Arendall wyszedł przed namiot Władców. Rozejrzał się. Jego noktowizyjne oczy podziwiały okolicę. Była urzekająca. Płynąca nieopodal wartka rzeczka koiła swoim szumem. Doskonałe miejsce na trudne negocjacje. Uspokajało emocje. Elf rozluźnił się. Jego zduszone pragnienia wreszcie mogły dojść do głosu. Twarz o wyrazie kamiennej maski wykrzywił grymas. Smukła dłoń odgarnęła kruczoczarne włosy, odsłaniając srebrzyste oczy. Lekko czerwonawe usta skryły gorzki uśmiech. - Krótkie zdania pojedyncze nadają się bardziej do opisywania dynamicznych akcji, a tutaj wyraźnie zgrzytają i „rwą” opowieść.
* Kompletnie rozebrana czarnowłosa piękność, sączyła przez słomkę napój z tykwy. - Moim zdaniem lepiej brzmi: „zupełnie naga”.
* Kiedy przekroczył sklepienie drzwi do jego uszu doleciał łopot skrzydeł. - Chyba raczej „próg”. Sklepienie to sufit.
* - Cieszmy się, że jest ciepło - pocieszał się Loreńczyk. Niepotrzebnie. Zabójcze cięcie miecza odcięło mu głowę. Umęczony Orkan pozwolił poprowadzić się w głąb lasu. - Z przykrością stwierdzam, że dramatyzm tej sceny jest zerowy. A zamiast „cięcie miecza odcięło” proponuję: „Zabójcze cięcie miecza pozbawiło go głowy.”
* - Witaj żołnierzu. – Zwróciła się doń, patrząc prosto w oczy smoczycy cukierkowo-lalkowa piękność. - Określenie „cukierkowo-lalkowa” mi tu nie pasuje, bo jest takie… takie stereotypowe. Przecież stać Cię na więcej. Zresztą nie jestem do końca pewna, co ono oznacza. Co takiego jest w niej cukierkowego, czyli, jak mniemam, słodkiego?
* Jego zwiewna sylwetka, długie, misternie ozdobione ręcznymi wyrzeźbieniami załamujących się fal burty oraz absolutny artyzm wykonania mimowolnie magnetyzowały spojrzenia wszystkich, którzy mieli szczęście go zobaczyć. To było prawdziwe, użytkowe dzieło sztuki. Przerzucony nad wodą trap nieśmiało zapraszał na pokład. Ledwo grupa mistrza katedry jasnowidztwa zbliżyła się do łajby na opustoszałym do tej pory pokładzie pojawił się smukły elf. - No to albo piękny statek, albo łajba.
* Boczne ściany zdobiła para bliźniaczych, pojedynczych drzwi, które ledwo z przybyciem goście, prawie jednocześnie się otworzyły. - Tutaj trochę przekombinowałeś, może: „które otworzyły się niemal jednocześnie z przybyciem gości” albo „które otworzyły się, ledwo goście weszli do środka”.
* Kiedy świat był wystarczająco wymęczony wojną powracali w pełnej chwale dobijając wichrzycielskich niedobitków. - Dobijając niedobitków nie brzmi dobrze.
* Białobrody, blisko dwumetrowy kolos, o aparycji czterdziestolatka koił czas oczekiwania podziwianiem bajecznego widoku Konstantyna. - Koił czas oczekiwania? Koić to uśmierzać ból, więc może po prostu „umilał sobie czas oczekiwania”.
* Wstał tak jak leżał, odszukał jednym spojrzeniem swą szybkostrzelną kuszę. - „Wstał tak jak leżał” brzmi jakoś dziwnie, choć chyba rozumiem, co miałeś na myśli. Nie wiem, czy nie wystarczyłoby samo „wstał”, a ewentualnie gdzieś później można by dodać, że wybiegł z komnaty „tak jak stał”, czyli nie ubierając się.
* Margareth ocknęła się rozwleczona i skuta z tępym bólem głowy, wpół stojąc, wpół leżąc na brzuchu w specjalnie spasowanej konstrukcji. - „Rozwleczona” to dość niefortunne określenie, bo nic nie wskazuje na to, by ją poćwiartowali albo wybebeszyli. Może „rozciągnięta”? A określenia „specjalnie spasowana konstrukcja” nie rozumiem. Chodzi Ci o to, że była specjalnie do tego celu przygotowana, czy może specjalnie dopasowana do Margareth?
* Nasycona wampirzyca spojrzała z pogardą na puste zwłoki prawie jeszcze chłopca. - „Prawie jeszcze chłopca”?

Teraz kwestia problemów z szykiem:
* Zza pleców jego wystawała głownia miecza. - „Zza jego pleców…”
* Gigantyczne budowle głównie w kształcie schodkowych piramid charakteryzowały zabudowę Moonhakor. - „Zabudowę Moonhakor charakteryzowały gigantyczne budowle, głównie w kształcie schodkowych piramid.”
* Korytarz długi, monumentalny mienił się barwami tęczy. - „Długi, monumentalny korytarz mienił się barwami tęczy.”
* O niebieskiej głębi praoceanu oczy, bez mrugnięcia powieką pozwalały mu się w sobie zatopić, a uwodzicielsko czerwony grymas boskich ust rozpalał mimowolnie niższe partie ciała. - „Oczy o niebieskiej głębi praoceanu pozwalały mu zatopić się w sobie…”
* - Zaszczycona jestem, iż waszmość książę, osobiście dostarczyć jej królewskiej mości moją skromną osobę raczył. - „Zaszczycona jestem, iż waszmość książę osobiście dostarczyć moją skromną osobę JEGO królewskiej mości raczył.” Choć oczywiście lepiej by to wszystko brzmiało, gdyby „raczył” nie było na końcu, ale skoro Sclaweńczycy mają taki styl mówienia, to niech się męczą.

To teraz kolokwializmy:
* Miasto to rozpościerające się na całą dolinę powalało monumentalnym majestatem. - Moim zdaniem to zdanie brzmiałoby o wiele lepiej, gdyby miasto „przytłaczało”.
* Podszedł do kuli i wydarł się na całe gardło.
* Najwyraźniej młody Aleksandr nieopatrznie uznał brak jego reakcji za słabość, a on sam nie dostrzegł, iż w unikaniu bezpośredniej konfrontacji lalkowego młodzieńca, kryło się coś znacznie poważniejszego od młodzieńczego focha...
* Zielone oczy opuściła furia, zastąpiona rozbudzonym pożądaniem. Onn z rozmysłem powoli zniżała głowę, by wreszcie wlepić swe usta w usta pokonanej.

I jeszcze zbyt kwieciste i pokrętne metafory:
* - Bo swoim spokojem, przypominam ci kim jesteś i do czego powinnaś dążyć – odrzekł mężczyzna przytulając po bratersku śniadolicą, czarnowłosą iskierkę.
* Człowiecza stal spotkała się z melancholią elfiego granitu. - To opis tego, jak człowiek z elfem spojrzeli sobie w oczy.
* Policzki Lilithill przecięły dwie wodne pręgi.

Żeby nie było, że tylko się czepiam, to na przykład podobała mi się scena, w której ocalali członkowie dywizjonu wracali do SilV, a narrator opisywał przemyślenia Arendalla. Dobrze został uchwycony charakter Młodszych Braci i stosunek Arendalla do nich, a i przyjemnie się to czytało.

Jeśli chodzi o dialogi, to przeszkadzała mi niekonsekwencja stylistyczna. O ile bardzo podobało mi się, że mieszkańcy Sclawenii mieli charakterystyczny sposób mówienia, o tyle wprowadzenie innych bohaterów mówiących w ten sam sposób — a niezwiązanych z tym państwem — zepsuło ogólny efekt.
Markiz z La Roche:
* - Niesprawiedliwy osąd, szlachetna pani – odrzekł rycerz, podkręcając sumiastego wąsa. – Chętnie osobiście panią przed obliczę jego wysokości doprowadzę.
Krasnolud Yorni, który dodatkowo, jak widać na drugim przykładzie, porzucił w pewnym momencie styl „sclaweński”:
* - Od razu widać, żeś waszmość, nie przez przypadek w kapitule zakonnej zasiadasz.
* Próbowano to początkowo wytłumaczyć smoczą naturą kluczy, jednakże z biegiem lat nie dało się nie zauważyć oczywistości. Arendall podczas pobytu w Ciemnej Krainie nasiąkł naukami Darcthoura, a jego natura została „skalana upadkiem”. - I tak przez całą opowieść. Dobrze, że przynajmniej ma swoje charakterystyczne „kochaniutki”.
Z kolei Pierre ven Amande był dobrze wychowany i dostosował się do stylu gospodarza (czyli Yorniego; przykład 2), mimo że w rozmowie z pułkownikiem Dalim mówił zupełnie inaczej (przykład 1).
* - Zatem, chcąc nie chcąc znajdujemy się, Panie pułkowniku, po tej samej stronie barykady – uśmiechnął się Allurianin. – Pytanie brzmi, na ile jesteście gotowi zaakceptować polityczne zmiany, które niebawem mogą wstrząsnąć Lorenią.
* - Zacznijmy od początku – zaproponował Pierre. – I polejcie sobie, Panie Yorni, aby gardło przepłukać i myśli w głowie ułożyć.
W sumie drobiazg i dziwię się nawet, że to zauważyłam przy takiej liczbie bohaterów, ale mimo wszystko sprawia to wrażenie, jakbyś nie do końca panował nad tym aspektem opowiadania.

Podobały mi się za to rozmowy kupców i rzemieślników w Herbalu oraz to, jak ich wypowiedzi się przeplatały, oddając gwar i chaos zatłoczonego miejsca, gdy wszyscy mówią naraz.

Za to nie bardzo przypadły mi do gustu sytuacje, w których usilnie starałeś się wymyślić jakieś nowe sformułowanie na określenie tego, kto w danej chwili mówi. W momencie, gdy nie ma dwóch młodzieńców albo dwóch królów, moim zdaniem spokojnie wystarczy stosować zamiennie: „młodzieniec”, „król”, „Aleksandr”, „władca”. Darowałabym sobie twory w stylu: „zaciekawił się brunet o lalkowej twarzy” czy „odpowiedział młodzieniec o lalkowej urodzie”, bo dla mnie brzmi to śmiesznie, skoro znamy już bohatera z imienia i funkcji, a nie ma innego młodzieńca, z którym moglibyśmy go pomylić.
Z drugiej strony, zdarzało Ci się zupełnie nagle wprowadzać na kogoś nowe określenie i musiałam się głowić nad tym, o którą postać Ci chodzi, gdy ni stąd, ni zowąd piszesz o „pustynnej elfce” (nie wyjaśniając zresztą, czym różni się pustynna elfka od zwykłej elfki).

Wszystko powyższe sprawiało, że lektura nie szła jak z płatka, a do tego prędzej się można było zirytować niż zachwycić. Rady, które mogę dać, są chyba dość oczywiste, ale coś napisać muszę, żeby krytyka była konstruktywna.
Płynność stylu przychodzi, wydaje mi się, z czasem, trzeba tylko czytać i ćwiczyć. Na zgrzyty i niedopatrzenia pomaga kilkukrotne czytanie własnego tekstu, a także świeże oko innych osób. Przeczytanie zdania na głos zwykle pozwala wyeliminować problem z szykiem; według mnie „zza pleców jego” brzmi pompatycznie, a „zza jego pleców” normalnie i na tej podstawie mogę wybrać, co mi bardziej w danym momencie pasuje, a z kolei w zdaniu o dostarczaniu kogoś jego wysokości można spróbować różnych wersji i zobaczyć (czy raczej: usłyszeć), która brzmi najlepiej i najsensowniej. Konsekwencja w dialogach to kwestia wyznaczenia sobie, kto jak mówi, jakie ma charakterystyczne powiedzonka i tak dalej, a potem spisanie tego albo przynajmniej sprawdzanie podczas pisania kolejnych scen z udziałem danego bohatera, jak mówił w poprzednich rozdziałach. Trochę jest przy tym roboty, ale efekt końcowy jest chyba tego wart?

Poprawność językowa:
Tekst niestety roi się od różnego rodzaju błędów. Część z nich wynika z niedbalstwa i niedopatrzenia, co stosunkowo łatwo „naprawić”, a na resztę powinny pomóc słowniki.

Błędy interpunkcyjne
Z interpunkcją masz największe kłopoty; przede wszystkim z przecinkami, które hasają radośnie po tekście i przysiadają w różnych dziwnych miejscach. Gorąco polecam zaglądanie do zasad interpunkcji podczas pisania, bo to aż wstyd. Głównie zwróciłabym uwagę na zdania wtrącone oraz na sytuacje takie jak ta poniżej:
* Biuro, było pomieszczeniem schludnym, gustownie urządzonym i wyraźnie przeznaczonym do przyjmowania, zasobnych klientów. - Przecinek to znak interpunkcyjny, którego podstawową funkcją jest „oddzielanie mniejszych całości w obrębie wypowiedzenia” (Słownik ortograficzny PWN), więc jaki ma sens, tak na logikę, stawianie go między podmiotem i orzeczeniem? I ten przed „zasobnych” też niepotrzebny.

Błędy ortograficzne
* Rozpoznał tożsamość rozmówcy i zrozumiał powody niestandartowych działań. - „niestandardowych”.
* albo pole bitwy umiejętnie przeniesiemy na inną ziemię, albo padniemy ofiarom trzech potęg. - „ofiarą”.
* Smoczy jeździec podsadził swego towarzysza, poczym sam wskoczył na konar. - „po czym”.
* Dopiero teraz dotarła do Aleksandr’a najważniejsza z przekazanych do tej pory informacji. - Bez apostrofu, bo jego imię kończy się na spółgłoskę.
* - Nie oddamy ziemi bez walki - zgrzytną zębami admirał. - „zgrzytnął”.
* Teraz wyraźnie ściszyła głos, jakby chciała ukryć wypowiedziane słowa przed nieporządnymi uszami. - Te uszy to miały chyba być „niepożądane”.
* a to z kolei oznacza, że całą naszą symulację trafił właśnie szlak! - A nie, bo „szlag”.
* O rzesz w mordę! - „ożeż”.
* Arendall oczywiście nakazał ochronę swojego syna, ale w niczym niezmienia to faktu, iż pragnie maksymalnie ograniczyć obszar działań wojennych. - „nie zmienia”.
* ale nie zamierzam kalać jego krwią własnych rąk, bez potwierdzenia, iż opaczność boża wspiera nasze działanie. - „opatrzność”.
* Choć zaprowadzę cię do lekarstwa. - „chodź”.

Błędy leksykalne
* porucznik Barin permanentnie pełnił karne warty na najbardziej podłych posterunkach góry. - Permanentny to „nieustannie trwający”, a on przecież nie stał na tej warcie non stop, tylko bardzo często.
* Poznała to miejsce pamięcią dawnych zdarzeń, kiedy to jeszcze jako latorośl przyprowadzona została do mitycznej siedziby elfów. - „Latorośl” oznacza potomka, więc jest się nią całe życie, a tutaj chodziło Ci chyba po prostu o dziecko, kogoś młodego.

Błędy frazeologiczne
* Aleksandr z otwartymi na oścież oczami opadł na oparcie krzesła. - „Na oścież” otwiera się drzwi i okna.
* W ramach gwarancji, że SilV nie wmiesza do układu swoich trzech groszy - Trzy grosze się wtrąca.
* Czasami nawet długowiecznym elfom sprawy potrafią niebezpiecznie wyślizgiwać się spod kontroli. - „wymykać się spod kontroli”.
* Kościół Stwórcy był kolosem na słomianych nogach. - „na glinianych nogach”.
* Zresztą oderwanie się kislewskiego kniazia Wiktora od macierzy przelało nie tylko wśród Allurian szalę goryczy. - „czarę goryczy”.
* Dowodem, że nie trzeba płaszczyć się do elfickich bogów, by przywłaszczyć sobie ich dary. - Można płaszczyć się PRZED kimś.

Błędy składniowe i gramatyczne
* Nie po raz pierwszy autor przewodnika udowadniał całkowicie beztroskie podejście do realiów. Czytając to w domu może i oddawało nastrój przygody, ale zabłądziwszy w Wielkim Lesie przechodziła ochota na zrozumienie poetyckiego zacięcia pisarza. - Dość częsty błąd w przypadku imiesłowów. Najważniejsza zasada jest taka, by w obu częściach zdania był ten sam podmiot, a u Ciebie tak nie jest. „Czytając” odnosi się do człowieka, a „oddawało” do przewodnika. Tak samo w drugiej części zdania: „zabłądziwszy” to o człowieku, a „przechodziła” o ochocie. W tym wypadku nie da się zrobić imiesłowu i lepiej zapisać to tak: „Gdy czytało się go [przewodnik] w domu, może i oddawał nastrój przygody, ale kiedy zabłądziło się w Wielkim Lesie, natychmiast przechodziła ochota na zrozumienie…”
* Właściwe pytanie brzmi, ilu członków Zakonu Magii nieskalana jest demonologią? - „nieskalanych”.
* - Nie powinnyśmy tu być – wyszeptał. - Skoro w grupie, o której mowa, jest przynajmniej jeden mężczyzna (a na to wygląda), to „powinniśmy”.
* Pozostali, z Panem Maciejem na czele, stanęła naprzeciw oprawców. - „stanęli”.

Literówek też jest sporo i aż się prosi o ich wyczyszczenie.

Wulgaryzmy, idiotyzmy, słowotwórstwo:
Wulgaryzmów się trochę pojawiło w dialogach, ale narrator się ich wystrzegał.
Jeśli chodzi o różne potknięcia logiczne i inne niejasności — trochę tego było:
* Cząsteczki życia wyciekały z jego rany, jak kasza z dziurawego wora. - O ile mi wiadomo, kasza nie jest płynem, więc nie wycieka, tylko się wysypuje.
* oznajmił ciepłym, serdecznym głosem siwowłosy, szpakowaty starzec - Szpakowaty to inaczej siwawy, więc jedno z tych określeń jest zbędne.
* Budowla, choć wysoka, zbudowana była na kształt prostokąta, przykrytego trójkątnym, płaskim dachem. - Jeśli budowla była prostokątna, to jakim cudem miała trójkątny dach? Chyba że to była taka awangarda w architekturze sakralnej i twórcy nie przejmowali się tym, że wiernym będzie kapać na głowy.
* - Wspaniale – mrugnęła do władcy okiem smoczyca. - A czym innym miałaby mrugnąć?
* Jeden czarnowłosy, barczysty, o sumiastym wąsie i wysoko podgolonych bokach, drugi z siwo-czarną brodą, z krótko przyciętymi włosami. - Hm, „wysoko podgolone boki” brzmią intrygująco.
* Jego jowialnej twarzy zaprzeczały przeraźliwie zimnokrwiste błękitne oczy. - Nie do końca rozumiem, jak oczy mogą być zimnokrwiste.
* Ubrany w czarne kapłańskie szaty, przypominał prostego mnicha, jednakże duży rozległy złoty pierścień na prawej dłoni zaświadczał jednoznacznie o najwyższej randze. - Słowo „rozległy” bardziej mi się kojarzy z terenem niż biżuterią, a poza tym znaczy mniej więcej to samo co „duży”, więc wydaje mi się tu zbędne.
* Wessała się w jej krew! - Moim skromnym zdaniem można komuś „wyssać krew”, a „wessać się” to ewentualnie w szyję czy inną część ciała.
* Krótko mówiąc, jest policzona ilość nieśmiertelnych boskich bytów i trudno oczekiwać, by na przestrzeni trwania wszechświata, ta policzalna ilość, mogłaby się nawzajem nie poznać. - Policzalna ilość to chyba po prostu liczba.
* Niepokoiła ją rozmowa z boginią, która nader rzadko decydowała się na samoistne spotkania. - „Samoistny” to według SJP: 1. «istniejący lub powstały niezależnie od czegoś innego», 2. «tworzący odrębną, niezwiązaną z niczym całość». Nie bardzo rozumiem, co miałeś na myśli, pisząc o „samoistnych spotkaniach”.
* Spokojnym, wyważonym krokiem pomknęła do drzwi. - „Mknąć” to poruszać się bardzo szybko, więc widzę tu pewną sprzeczność.
* Trudno byłoby się doszukać w jego urodzie czegoś szczególnego, może prócz wyraźnego niedoboru wzrostu, jednakże nie na tyle znacznego, by móc określić go niskim. - Jeśli to był „wyraźny niedobór wzrostu”, to chyba znaczy, że BYŁ niski, prawda?
* - Uciekaj! – wrzasnął starzec, lecz zamachowcy dobyli już mieczy, by zwieńczyć swe dzieło zniszczenia. Pięć granitowych ostrzy wzniosło się ku niebu, przywołując planowaną zagładę. - Te miecze z granitu mnie zaintrygowały; nie są chyba zbyt poręczne ani efektywne?
* W przeciągu następnej godziny po mieście rozbrzmiała fala miauknięć, póz i prychów - Miauknięcia i prychy (a właściwie prychnięcia) rozumiem, ale skąd pozy?
* Że jesteś godnym przewodnikiem po meandrach życia naszych poddanych? – spytał smok, otwierając źrenice. - A jak je zamknął? Chyba że smoki posiadają taką umiejętność, a ja po prostu o tym nie wiem.
* Przy stole siedział siwiuteńki krasnolud, z potarganymi na wszystkie strony włosami, w starodawnym żuPanie, o poplamionych atramentem rękawach, i binoklu w jednym oku. - „Binokl w jednym oku” to po prostu monokl (zwłaszcza że „binokle” nie mają liczby pojedynczej). A przy okazji, intryguje mnie to duże P, które się pojawia czasami w środku wyrazów. To pewnie jakaś niecna sprawka Onetu.
* Wie pan, gdzie się znajdujemy, czy też w swej arogancji pan Motoru zapomniał was poinformować?
- Wiem, czego ode mnie się oczekuje, ale nazwa tej lokacji nie została mi wyjawiona – wyjaśnił ven Amande.
- Chyba lokalizacji? „Lokacja” to zakładanie wsi lub miasta.
* Abyś zrozumiał naszą motywację, pozwól mi proszę najwyższy, pozwolić sobie wytłumaczyć prawdziwy przebieg pewnych, zatajonych najwyraźniej przed tobą zdarzeń. - O jedno pozwól tu za dużo.

Podsumowanie:
Jestem pod wrażeniem rozmachu, z jakim stworzyłeś ten świat, wymyśliłeś ludzi i sytuacje, a następnie zaplanowałeś, jak mają przebiec wydarzenia. Sama ta historia ma potencjał, chodzi tylko o to, żeby ją ładnie zapakować i podać czytelnikowi. Nie na tacy, bo nie celujesz raczej w bezmózgą rozrywkę, ale jednak w takiej formie, by mógł ją docenić. Prawdę mówiąc, gdybym nie oceniała tego opowiadania, to pewnie bym się poddała i nie doczytała do końca. Moim zdaniem zawiodło wykonanie; zarówno sposób przedstawienia wydarzeń, jak i strona czysto techniczna. Uważam jednak, że dalsza praca nad „Zbiorową Aberracją Jaźni” ma sens i gorąco do niej zachęcam. Chciałabym też zaznaczyć, że ocena końcowa ma tu najmniejsze znaczenie, bo i tak nie mogę znaleźć kategorii, która podsumowałaby to wszystko, o czym pisałam wyżej. Będzie więc środek skali, czyli Średnie.

Łał, napisałam ocenę dłuższą od naszego menu...

[komentarzy 2] Komentuj